Menu
Patronat honorowy Patronage

O trawie malowanej na zielono

Na stronach portalu WysokieNapiecie.pl kontynuujemy otwartą debatę na temat polityki energetyczno-klimatycznej. Głos w dyskusji zabrał Robert Cyglicki, dyrektor programowy Greenpeace Polska.

Na stronach portalu WysokieNapiecie.pl kontynuujemy otwartą debatę na temat polityki energetyczno-klimatycznej. Głos w dyskusji zabrał Robert Cyglicki, dyrektor programowy Greenpeace Polska.

Kiedyś Mark Twain powiedział, że są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyki. Statystyka, jako ostatni rodzaj kłamstwa, sprawdza się najlepiej, gdy za pomocą wybiórczo zestawionych liczb na siłę udowodniamy założoną tezę. Przypomina to malowanie trawy na zielono, a nie zieloną trawę i niebieskie niebo, o których pisała prasa przy okazji szczytu klimatycznego w Warszawie.

Czepialstwo i spisek

Czytając wypowiedzi polityków i nagłówki prasowe, w których pojawiała się informacja, że Polska ograniczyła emisję gazów cieplarnianych o 29 proc. w ramach Protokołu z Kioto (a zobowiązała się tylko do 6 proc.), możemy przyjąć, że fala międzynarodowej krytyki, jaka spadła na nasz kraj w sprawie ochrony klimatu, jest zwykłym czepianiem się.

Dla niektórych był to nawet dowód na istnienie międzynarodowego spisku, mającego na celu osłabienie pozycji Polski w świecie, a ściślej rzecz ujmując uderzenie w nasze bezpieczeństwo energetyczne. Wszakże Polska węglem stoi a dalsze ograniczanie emisji to koszt, którego nie udźwigną nasze portfele. Czy aby na pewno?

Propaganda zielonego sukcesu

Problem polega na tym, że wyjaśnianie kwestii związanych z ochroną środowiska i budowaniem przewag gospodarczych wymaga uważnego analizowania danych w odniesieniu do obserwowanych przemian w skali globalnej. W tym kontekście przyklaskiwanie kontrowersyjnym opiniom prof. Zbigniewa Kasztelewicza z Akademii Górniczo-Hutniczej, który m.in. twierdzi, że pod względem ochrony środowiska nadrobiliśmy wszystkie zaległości, jest zgodą na promocję półprawd. Skoro zdaniem profesora Kasztelewicza jest tak dobrze, to dlaczego nie jesteśmy postrzegani na świecie jako kraj zielonej awangardy?

By odpowiedzieć na to pytanie, wystarczy sięgnąć właśnie po statystyki i na podstawie europejskich wskaźników środowiskowo-gospodarczych przekonać się, że Polska na tle takich krajów jak Czechy czy Węgry, gorzej radzi sobie ze śmieciami, gospodarką wodną czy też zanieczyszczeniami powietrza. Skupmy się jednak na tym, dlaczego krytykowano Polskę podczas szczytu klimatycznego w Warszawie i dlaczego hasło 29 proc. redukcji emisji gazów cieplarnianych nie robiło na naszych zagranicznych gościach większego wrażenia.

Trik roku bazowego

Podpisując Protokół z Kioto, Polska wynegocjowała, że naszym rokiem bazowym dla obliczeń emisji będzie 1988, a więc czas sprzed rozpoczęcia politycznej i gospodarczej transformacji kraju, która wiązała się z ograniczeniem wysokoemisyjnej produkcji. Właśnie dzięki tym czynnikom, już w samym momencie podpisywania Protokołu w 1997 roku, mogliśmy wykazać się redukcją emisji  na poziomie ok. 30 proc., mimo że nie był to efekt zamierzonych działań prośrodowiskowych. Tylko w latach 1988-1990 nasze emisje spadły o 20 proc.  i w związku z tym dla zagranicznych komentatorów i uczestników szczytu klimatycznego wybór „wysokoemisyjnego” roku bazowego jest od dawna już rozszyfrowaną tajemnicą polskiego „sukcesu”.

Są oczywiście obszary w sektorach polskiego przemysłu cementowego czy metalurgicznego, którymi moglibyśmy się pochwalić, ale z pewnością nie należy do niech energetyka. Dlaczego? W Polsce emitujemy około 950 kg CO2 na 1 MWh wyprodukowanej energii, podczas gdy średnia europejska to 400 kg. Różnica ta wynika nie tylko z samej struktury produkcji, ale także niskiej sprawności, z jaką przetwarzamy energię pierwotną zawartą w węglu. Typowa polska elektrownia węglowa wytwarza energię elektryczną ze sprawnością 33 proc. i praktycznie z każdym rokiem jest gorzej ze względu na wiek instalacji i niewłaściwą jej eksploatację (problem współspalania węgla z biomasą).

Nic więc dziwnego, że to energetyka jest kością niezgody pomiędzy Polską a Brukselą. To także powód, dla którego wiele państw, od samego początku szczytu klimatycznego, nie wierzyło w dobre intencje polskiego rządu.

Niemieckie kłamstwo a Polska prawda

Wielokrotnie powtarzana informacja o „niemieckim kłamstwie” po raz pierwszy pojawiła się w publikacji Dziennika Gazety Prawnej pt. „Trawa zielona i niebieskie niebo”. Zwrócił na nią uwagę były minister środowiska, prof. Andrzej Kraszewski, który stwierdził, że „w takich niby-zielonych Niemczech udział węgla brunatnego w ogólnym miksie energetycznym jest większy niż w Polsce”. Na potwierdzenie tej tezy Pan profesor przywołał liczby bezwzględne zużycia węgla brunatnego w Polsce i Niemczech, co właściwie samo w sobie niewiele mówi o miksie energetycznym.

Gdybyśmy jednak chcieli przyjrzeć się miksowi energetycznemu, to dane z 2012 roku pokazują, że udział węgla brunatnego w zużyciu energii pierwotnej w Niemczech to 12 proc., a w Polsce 18 proc., i odpowiednio w miksie energii elektrycznej 26 proc.  w Niemczech, a w Polsce  31 proc.. Innymi słowy, niemiecki sektor energetyczny w liczbach bezwzględnych zawsze będzie emitował więcej gazów cieplarnianych od polskiego, ponieważ dostarcza on energii dwukrotnie większej liczbie osób i zasila kilkukrotnie potężniejszą gospodarkę.

Dlatego liczby bezwzględne nie są i nie będą argumentem w dyskusjach międzynarodowych o emisyjności sektora energetycznego poszczególnych państw. Zasadnicza różnica leży bowiem nie w statystykach (to, że statystyczny Polak emituje rocznie o tonę gazów cieplarnianych mniej niż obywatel Niemiec nie ma żadnego związku z energetyką), a w rodzaju podejmowanych działań.

Rząd Niemiec śrubuje normy emisyjne, a niemieccy eksperci nie uciekają od dyskusji na temat pełnych kosztów funkcjonowania elektrowni węglowych (np. utrata zdrowia obywateli spowodowana zanieczyszczeniami powietrza, czy też koszty związane z przesuszaniem terenów sąsiadujących z kopalniami odkrywkowymi). Tymczasem polscy decydenci starają się za wszelką cenę przekonać świat, że to właśnie oni mają rację i wszelka krytyka naszego kraju w kontekście ochrony klimatu jest nieuzasadniona. Tylko co nam po takiej „racji” pozostanie?

Nie stać nas na rezygnację z węgla 

Bez względu na to, czyją rację przyjmiemy, nie uciekniemy od faktu, że krajowe zasoby węgla kamiennego kurczą się, a koszty jego wydobycia rosną, gdyż znajduje się on w coraz głębszych i trudniej dostępnych pokładach. Ze względu na różnice cenowe rośnie też import tego surowca. Według szacunków byłego głównego geologa kraju, dr Michała Wilczyńskiego, już za kilkanaście lat większość spalanego w Polsce węgla będzie pochodzić z importu. Przesada? Jeszcze kilka lat temu Ministerstwo Gospodarki przewidywało, że import węgla kamiennego do Polsce wyniesie 5 mln ton, a w rzeczywistości wyniósł blisko 15 mln ton. Krajowe wydobycie w 2011 r. zakładano na poziomie 97,5 mln ton, a kopalnie wydobyły 76,4 mln ton. W kilkunastoletniej perspektywie może być tylko gorzej, bo odnotowujemy niezwykle wysokie straty w eksploatowanych złożach (przeciętnie 60 proc. zamiast zakładanych 30 proc.), co ma ścisły związek ze sposobem wydobycia, niekiedy nazywany rabunkowym. Gdybyśmy jednak chcieli eksploatować złoża w sposób bardziej racjonalny i gospodarny, to automatycznie wzrosną koszty jego wydobycia. Te z kolei spowodują spadek rentowności kopalni i doprowadzą do ich nieuchronnego zamknięcia.

Jeżeli więc nie zaczniemy działać w kierunku zmiany struktury wytwarzania energii, to zatoczymy duże koło i zostaniemy skazani na garnuszek importowanego węgla. Dlaczego więc mielibyśmy nie wykorzystać faktu, że najpotężniejszy organizm gospodarczy świata, jakim jest Unia Europejska (większy niż Stany Zjednoczone czy Chiny), zamierza różnicować źródła dostaw energii, a nasz zachodni sąsiad tworzy potężny rynek odnawialnych źródeł energii i zaprasza polskich przedsiębiorców do współpracy? Węgiel miał i będzie mieć swój udział w krajowym miksie energetycznym, ale czemu nie zastąpić najstarszych elektrowni (część z nich to 40 i 50-latki) odnawialnymi źródłami energii i zwiększonymi inwestycjami w poprawę efektywności? Dlatego, że nas na to nie stać? No cóż, ten argument przestaje obowiązywać.

Cena prądu w górę

Z analiz ekonomicznych przeprowadzonych przez Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO) przygotowanych we współpracy z Instytutem Termodynamiki w Sztutgarcie wynika, że odbudowa naszego system energetycznego w oparciu o rozproszone źródła energii odnawialnej nie musi oznaczać większych kosztów dla użytkowników końcowych. Kosztów większych od tego, co oferuje nam obecny scenariusz energetyczny przygotowany przez polski rząd do roku 2030. Po tym okresie będzie taniej w stosunku do rachunków, jakie zapłacimy za wieloletnie budowy nowych elektrowni węglowych i atomowych.

Nieprawda? Wykonane przez IEO prognozy kosztów budowy elektrowni atomowej potwierdziły się na przykładzie Wielkiej Brytanii, a prognozowany wzrost kosztów energii opublikowany przez IEO w raporcie dla Greenpeace jest zbliżony do szacunków branży energetycznej. Przy okazji sporu w sprawie budowy nowych bloków węglowych w Opolu Krzysztof Kilian, wówczas jeszcze prezes PGE, argumentował, że nowe inwestycje będą opłacalne, jeżeli cena energii elektrycznej na rynku hurtowym wzrośnie ze 160 zł/MWh do 230-240 zł/MWh. Co to oznacza? Nic innego niż to, że ceny energii elektrycznej dla odbiorców końcowych w Polsce do roku 2020 muszą skokowo wzrosnąć, jeżeli myślimy o odbudowie zdekapitalizowanej infrastruktury energetycznej, która ostatnie inwestycje na miarę obecnych potrzeb odnotowała za czasów Edwarda Gierka.

O ile więc wzrosną ceny energii? Żaden będący aktualnie u władzy polityk nie odważy się tego powiedzieć otwarcie… Co innego znany z bezpośredniości Krzysztof Kilian, który mówił o potrzebie wzrostu cen energii elektrycznej na rynku hurtowym rzędu 50 proc.. I bynajmniej nie był to jego osobisty pogląd oderwany od rzeczywistości, a wynik kalkulacji biznesowych dla budowy nowych bloków węglowych w Opolu. Co ciekawe, owe 50 proc. odnajdziemy także w analizach Agencji Rynku Energii oraz Instytutu Energii Odnawialnej, które mniej więcej właśnie na takim poziomie prognozują wzrost ceny hurtowej energii elektrycznej do 2020 roku.

Jeżeli tak się stanie, silny wiatr powieje w żagle [r]ewolucji energetycznej, bo przy wyższej cenie energii zwiększy się opłacalność technologii odnawialnych, a te – w połączeniu z inteligentnymi systemami elektroenergetycznymi oraz innymi nośnikami energii – zapewnią Polsce większe bezpieczeństwo energetyczne niż importowany węgiel. Nie oznacza to oczywiście, że OZE w najbliższych dekadach w stu procentach zastąpi paliwa kopalne i samoistnie rozwiąże problem pewności dostaw, bo ten przy obecnym stanie wiedzy rozwiązuje jedynie odpowiedni miks energetyczny z udziałem gazu.

Tytułem podsumowania

Ze względu na średniookresowe i długookresowe koszty i korzyści ekonomiczne rozwoju inteligentnych systemów energetycznych powiązanych z rozproszonymi źródłami energii odnawialnej, nie warto malować trawy na zielono. Wystarczy zabrać się za jej posianie. Nikt wówczas nie będzie podważał intencji polskiego rządu, którego pełnomocnik w osobie Marcina Korolca (odwołany minister środowiska) przewodniczy światowym negocjacjom klimatycznym aż do kolejnego szczytu w Limie w grudniu 2014.

Prawie 5 mld euro - tyle z unijnych funduszy możemy wydać na energetykę. Ale za sprawą nowych brukselskich wytycznych możemy zobaczyć ułamek tej kwoty

Technologie wspiera: