Za dużo państwa w państwowych firmach

Za dużo państwa w państwowych firmach

Konkurent PGNiG, francuski GDF Suez, ma jednego prezesa od 12 lat, w tym czasie PGNiG miało ich dziewięciu. Silny splot władzy i biznesu dusi nasze "narodowe czempiony".

Grażyna Piotrowska-Oliwa, chociaż jej pracę można oceniać różnie, padła ofiarą przywiązania rządu do ręcznego sterowania państwowymi spółkami. Prezes i wiceprezes jednej z największych krajowych spółek stracili pracę, bo premier poczuł się urażony brakiem swojej wiedzy na temat niewiele znaczących gestów biznesowych. Znamienne jest, że to szef rządu, a nie rada nadzorcza firmy, ogłosił decyzję pierwszy. To przejawy tego, że polityki w państwowych firmach mamy za dużo.

Patrz: Gazociąg z Rosji wybuchł, zanim zdążył powstać

Dla kronikarskiej rzetelności przypomnijmy, że nie tylko wyrzucenie, ale i przyjście późniejszej prezes PGNiG do branży paliwowo-energetycznej wiązane było z polityką. W każdym razie nie zdecydowała o tym znajomość branży, bo gdy w 2011 roku, ze wskazania ministra skarbu, Grażyna Piotrowska-Oliwa trafiła do zarządu Orlenu, nie mała w niej żadnego doświadczenia.

Kontrola Skarbu Panstwa nad spólkami z WIG20Obsadzanie państwowych spółek ludźmi związanymi z rządem nie jest tylko polska domeną, jednak w Europie Zachodniej szefowie "państwowych czempionów" zmieniają się o wiele rzadziej, a na najwyższe fotele nie przychodzą z zupełnie innych branż. Gérard Mestrallet, szef francuskiego GDF Suez, trafił do firmy w 1984 r., a rządzi nią od 12 lat. Fulvio Conti jest prezesem włoskiego Enel od 2005 r., w fotelu przetrwał pięć rządów, a w branży 44 lata. Nawet zdecydowanie młodszy Martin Roman kierował czeskim CEZ-em nieustannie od 2004 do 2011 r. Nie został jednak usunięty po sugestiach premiera (w ciągu jego kadencji było ich aż siedmiu), a przeszedł na fotel szefa rady nadzorczej, gdzie pracuje do dzisiaj.

W tym czasie PGNiG rządziło… dziewięciu prezesów lub pełniących jego obowiązki.

Jak polski "czempion energetyczny" ma konkurować ze swoimi europejskimi konkurentami, skoro zmienia głowę częściej, niż wąż skórę, a każdy kolejny szef, nauczony losem poprzedników, jeszcze bardziej boi się podejmowania samodzielnych decyzji?

Rząd nie tylko chce sterować budową połączeń infrastrukturalnych z sąsiednimi krajami. Kolejnym przykładem nadmiernego wpływu państwa na państwowe spółki jest, a właściwie był, bo w sprawie niewiele się już dzieje, projekt poszukiwań gazu łupkowego przez kwintet: PGNiG, KGHM, PGE, Tauron i Enea. Spośród nich tylko PGNiG i rząd byli zainteresowani tą kooperacją. Reszta łupkami pewnie by się nie zajęła, gdyby nie upór ministra skarbu.

Przepisy krojone na miarę

Wpływ rządu na spółki to zresztą nie jedyny kierunek niezdrowych relacji. W tym splocie występuje też sprzężenie zwrotne. Politycy zbyt często ulegają pokusie tworzenia przepisów pod kątem państwowych spółek.

Ponieważ rząd jest właścicielem firm wydobywających i spalających węgiel, to na arenie międzynarodowej broni tych gałęzi jak oka w głowie. Zresztą minister skarbu intensywnie zabiegał jednocześnie o wsparcie ekologicznej energetyki, a właściwie jednej jej gałęzi - dużej energetyki wodnej - bo właścicielem największej hydroelektrowni jest państwowa Energa. Podobne sploty nie dotyczą zresztą tylko energetyki. Nie inaczej jest w kolejnictwie, czy tzw. wielkiej chemii, gdzie także powodem największej w branży fuzji - połączenia Azotów Tarnów z ZA Puławy - była polityka państwa wobec Rosji.

W takich warunkach firmy miałyby jeszcze cień szansy na racjonalny rozwój, gdyby sterujący nimi politycy znali chociaż branżę, w której chcą dowodzić. Niestety zwykle powtarzają tylko frazesy w stylu „Ruskie złe, węgiel dobry”, niczym orwellowskie owce.

Polska energetyka stoi przed ogromnymi wyzwaniami i potrzebuje ludzi z wizją. Niestety, ci co ją mają, wolą się nie wychylać, bo brakuje im politycznych wpływów.

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE