Ruszyła budowa Opola II

Ruszyła budowa Opola II

Elektrownia Opole II może być jedną z ostatnich wielkich inwestycji węglowych. Rząd jest z niej dumny, ale powinna być dla też dla niego  nauczką i zachętą do zmian przepisów. 

W poniedziałek 3.11 wmurowano kamień węgielny pod budowę największej inwestycji energetycznej w Polsce. Premier Ewa Kopacz podkreślała znaczenie tej inwestycji dla bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju i dla regionu.

Budowa tej siłowni jest niezmiernie pouczająca. Jak w soczewce odbijają się w niej wszystkie słabości procesu inwestycyjnego w Polsce.
 

Wart 11 mld zł przetarg na budowę dwóch nowoczesnych bloków Elektrowni Opole o łącznej mocy 1800 MW Polska Grupa Energetyczna ogłosiła we wrześniu 2009 r. Przetarg ciągnął się długo, potem były jeszcze protesty firm, które odpadły. Ale największą niespodzianką był cios z zupełnie nieoczekiwanej strony. Organizacja ekologiczna Client Earth zaskarżyła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego decyzję środowiskową, a sąd uwzględnił jej skargę.

W maju 2011 Wojewódzki Sąd Administracyjny unieważnił pozwolenie na budowę nowego bloku w Opolu. Powód? Źle przygotowano wymaganą przez unijne dyrektywy dokumentację w sprawie instalacji wychwytywania i składowania CO2. Sprawa trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Ostatecznie po wielu perypetiach budowa Opola ruszyła dopiero w 2014 r.

Przez procedury zamówień publicznych przeciągała  się też budowa innego bloku – w Turowie, gdzie rozstrzygnięcie o wyborze wykonawcy zaskarżyła chińska firma Shanghai Electric. Kontrakt wart jest 4 mld zł, było więc o co walczyć.  Ostatecznie zażalenie zostało oddalone.

Takich spraw jest wiele. Na pytanie dlaczego przygotowanie inwestycji energetycznych w państwowych firmach tak niemiłosiernie się wlecze fachowcy wymieniają trzy powody – przepisy o zamówieniach publicznych wymogi środowiskowe oraz istniejący wśród mieszkańców syndrom NIMBY czyli „nie ma moim podwórku”.  

Przetargi czyli eldorado prawników

Polskie firmy energetyczne muszą stosować prawo zamówień publicznych, tak jak gminy i urzędy. Taki wymóg nałożyła na nas Unia Europejska, gdy jeszcze nie było w Polsce rynku energii z prawdziwego zdarzenia.

Teoretycznie przetargi publiczne mają wyeliminować korupcję i pomóc wybrać najlepszego oferenta. W praktyce wyjątkowo słabo nadają się do wyboru skomplikowanych technologii, takich jak budowa elektrowni.

- Sytuacja, w której przetargi ciągną się 3-4-5 lat jest chora, to nie jest normalne – mówił na niedawnej konferencji Nowego Przemysłu Mariusz Marciniak, szef polskiej spółki koreańskiego Doosan. – Specyfikacje Istotnych Warunków Zamówienia przekształcane są w specyfikacje wszystkich warunków zamówienia. To są tony papieru szykowane latami przez grupy doradcze. Nie można zaoferować żadnych elastycznych rozwiązań wykraczających poza SIWZ pod groźbą odrzucenia.

Zdaniem Marciniaka najgorszą cechą procedury prawa zamówień publicznych jest wynikające przekonanie, że komunikacja z inwestorem to jakieś zło.

To należałoby jednak położyć na karb nie tyle prawa o zamówieniach, lecz wszechobecnej w jednostkach państwowych obawy przed oskarżeniami o korupcję. W rezultacie wytwarza się, mówiąc słowami znanego niegdyś polityka SLD Marka Wagnera, kultura „dupokrytki”. Odpowiedni papier zastępuje racjonalne myślenie.

- W każdym SIWZ są z definicji rzeczy kompletnie niewykonalne, ale myśmy się do tego przyzwyczaili i przechodzimy nad tym do porządku dziennego- tłumaczy Wiesław Różacki, prezes japońskiego Hitachi na Europę Środkową. – Japończycy mają zupełnie inne podejście, inna jest etyka techniczna. Studiując SIWZ rozkładali ręce, bo nie wiedzieli czego się od nich oczekuje.

 - Z naszych obserwacji wynika, że przetargi w trybie prawa zamówień publicznych wydłużają proces przetargowy od kilku do czasami kilkunastu miesięcy. W skrajnych przypadkach nawet dłużej – mówi rzecznik PGE Maciej Szczepaniuk.

Głównym powodem jest zaskarżanie decyzji inwestora i odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej.
Np. w przetargu na turbiny dla farmy wiatrowej Lotnisko na Pomorzu (90 MW) taka zabawa trwała 18 miesięcy. Przetarg ogłoszono w styczniu 2013, a kontrakt podpisano w czerwcu 2014.
 Gdyby przegrane firmy tylko zaskarżały decyzje inwestorów do Krajowej Izby Odwoławczej, to jeszcze nie byłoby tak źle.

Ale niektóre z nich lubią podkładać sobie świnie poprzez wyszukiwanie najdrobniejszych uchybień formalnych jeszcze na wstępnym etapie , wyszukując w ofertach konkurentów najdrobniejsze nieścisłości.
KIO musiała zajmować się np. tak istotnymi sprawami jak to czy przedstawiciele chińskiej elektrowni Changzhou mają prawo wystawić referencje na temat elektrowni Fuyang., albo zaświadczenie, że kanadyjski gigant budowlany SNC Lavalin nie znajduje się w stanie upadłości.

Prywatni inwestorzy nie muszą stosować procedury publicznych przetargów. – Pod tym względem jesteśmy szczęściarzami – mówił na tej samej konferencji Nowego Przemysłu Igor Grela, wiceprezes GDF Suez Polska, do którego należy m.in. Elektrownia Połaniec. „Zielony Blok” w Połańcu – największa na świecie instalacja (205 MW) za 1,5 mld zł. Negocjacje z potencjalnymi wykonawcami zaczęły się tam w 2009 r., po kilku miesiącach  w marcu 2010 r. podpisano umowę, a w 2012 blok był już oddany do użytku.

Zresztą nawet niektóre firmy kontrolowane przez skarb państwa np. PKN Orlen, który buduje elektrociepłownię we Włocławku, również nie musiał stosować prawa zamówień publicznych.

Koniec publicznych przetargów?

Państwowe spółki zdobyły ogromne doświadczenie w stosowaniu ustawy o zamówieniach publicznych.
Ale nie wiadomo czy doświadczenie to w perspektywie kilku lat się w ogóle przyda. Polski Komitet Energii Elektrycznej – organizacja branżowa skupiająca firmy sektora – złożył za pośrednictwem Urzędu Regulacji Energetyki wniosek do Komisji Europejskiej o zwolnienie z procedury zamówień publicznych.

Trudno bowiem mówić, że w Polsce nie ma dziś konkurencyjnego rynku energii, jeśli ponad 100 tys. gospodarstw domowych i przedsiębiorstw zmieniło operatora. Bruksela rozpatrzy wniosek zapewne w przyszłym roku.
- To pożyteczna zmiana, ale moim zdaniem za późno – mówi Różacki. – Wielkie inwestycje energetyczne już się kończą, ostatni będzie blok w Turowie.  

Jednak dzięki zdjęciu gorsetu zamówień publicznych może przyspieszyć budowa mniejszych siłowni, których nasza energetyka także bardzo potrzebuje – farm wiatrowych, biogazowni czy elektrociepłowni wykorzystujących rozmaite paliwa nowej generacji np. śmieci.

Protestujemy!
 

Dwa pozostałe powody dla których inwestycje energetyczne się ślimaczą,  nigdy nie znikną. To względy ekologiczne i niechęć mieszkańców.

Dla niektórych ekologów zahamowanie budowy nowych elektrowni węglowych stała się niemal obsesją. I tutaj trudno ich zrozumieć. Nowoczesne elektrownie dzięki znacznie większej sprawności będą emitowały mniej CO2. Zastąpienie „starych rzęchów” wybudowanych jeszcze w PRL przez nowe pozwoli naszemu krajowi zmniejszyć emisję tego związku o ok. 27 proc.

To bardzo ważne w kontekście unijnej polityki klimatycznej. Ekolodzy chcieliby jednak szybszej, bardziej radykalnej zmiany, choć transformacja energetyczna – przejście z jednego paliwa na inne - zawsze zajmuje kilkadziesiąt lat.
Przy okazji budowy nowych bloków Elektrowni Opole starcie państwa z ekologami przybrało dość ostre formy.

Ówczesny minister skarbu oskarżył Client Earth o działanie wbrew interesowi państwa i brak odpowiedzialności. Niektórych działaczy przesłuchiwała ABW.
W niektórych krajach ekologów trzyma się na krótkiej smyczy, ale Polska jest w końcu członkiem UE i państwem prawa. Zamiast wieszać na nich psy, trzeba z nimi rozmawiać. Dialogowi powinny też służyć przepisy. I nad ich zmianą warto się zastanowić.  
- Dla nas to też jest duży problem. Postępowanie w sprawie decyzji środowiskowej trwa co najmniej kilka miesięcy, przed WSA – najmniej pół roku, na rozprawę przed NSA musimy czekać rok albo dłużej. Sądy są zawalone, sędziów jest za mało, a skomplikowane sprawy środowiskowe są rozstrzygane przez jedną lub dwie osoby w gminie – mówi nam dr Marcin Stoczkiewicz , prawnik z  Client Earth.  
Najwięcej spraw dotyczy ocen oddziaływania na środowisko. Inwestorzy muszą przedstawić raport dotyczący oceny oddziaływania, jeżeli strona, np. organizacja ekologiczna wniesie o uzupełnienie raportu, wówczas postępowanie się wydłuża. Administracja prosi o uzupełnienie, inwestor domaga się dodatkowych danych od autora raportu, a ten uzupełnia go przez kilka miesięcy.
Co można zmienić? Zdaniem Stoczkiewicza trzeba np. uszczegółowić przepisy, które mówią o tym co powinno być w takich raportach.
- Zgodnie z prawem w raporcie powinna być przedstawiona analiza potencjalnych konfliktów społecznych, niestety inwestorzy często traktują ją macoszemu wypisując jakieś banialuki na pół strony – mówi prawnik Client Earth.
- Kiedyś raporty mogli pisać tylko biegli  powołani przez Ministerstwo Środowiska, ale zostało to zmienione, bo zamykało rynek. Teraz nie ma żadnych wymagań, każdy może napisać raport i organ nie może go odrzucić. Przy mniejszych inwestycjach raporty pisane są często metodą tzw. „kopiuj - wklej”.

Tylko, że to „chodzenie na skróty” może być groźne dla inwestora, bo jeśli ktoś, np. organizacja ekologiczna, zainteresuje się sprawą, to raport trzeba potem miesiącami poprawiać. Liberalizacja poszła chyba za daleko, należy zastanowić się nad jakimiś wymaganiami dla osób, które piszą raporty.

Stoczkiewicz sugeruje, że to nie inwestorzy powinni wybierać kto napisze im raport o ocenie wpływu na środowisko, ale gminy. – Jeśli autorowi płaci inwestor, to zawsze istnieje podejrzenie, że raport jest stronniczy. Oczywiście  ostatecznie koszt przygotowania raportu ponosiłby inwestor, ale płaciłby za to gminie.

Energia okrągłego stołu

Kolejną sprawą są mieszkańcy i ich stosunek do inwestycji w gminie. Niestety, Polska jest wyjątkowo podatna na dobrze znany na Zachodzie syndrom NIMBY ( not in my backyard) czyli „Nie na moim podwórku”.
Konfliktów społecznych wywołanych planami budowy elektrowni jest kilka.

Największy z nich to plany budowy elektrowni i odkrywkowej kopalni na węgiel brunatny w Gubinie w woj. lubuskim. Zainteresowana jest Polska Grupa Energetyczna, a mieszkańcy podzieli się na dwa obozy.

Część ( 56 proc. wg wg sondażu Lubuskiego Ośrodka Badań Społecznych z marca 2014) jest za, bo spodziewa się boomu inwestycyjnego i nowych miejsc pracy, a część kategorycznie protestuje strasząc „dziurą w ziemi”, wysiedleniami mieszkańców i zanieczyszczeniem powietrza.    

Gorący spór między wywiązał się też przy okazji nie rozpoczętej wciąż inwestycji Kulczyk Holding w Elektrownię Północ w Pelplinie na Pomorzu. Działacze ekologiczni zaskarżali decyzje środowiskowe, próbowali mobilizować mieszkańców do walki z inwestycją, zbierali podpisy pod petycjami.

Praktycznie każdy rodzaj elektrowni może napotykać protesty części mieszkańców – przeciwko projektowi  morskiej farmy wiatrowej pod Dębkami zebrano podpisy 3 tys. osób, którzy obawiali się degradacji środowiska, odpływu turystów i hałasu.

Lądowe farmy wiatrowe budzą tyle kontrowersji, że posłowie PiS zgłosili nawet projekt ustawy, który ma je odsuwać na ustawową odległość 3 km od siedzib ludzkich.

Z kolei biogazownie przerabiające zwierzęce i roślinne odpadki nie podobają się ze względu na rozsiewany dookoła zapach.
Niestety, wszyscy protestujący chcą mieć prąd i bardzo często nie zastanawiają się skąd się bierze.  

Firmy energetyczne muszą nauczyć się z tym żyć. Z mieszkańcami Gubina czy Pelplina odbyło się wiele spotkań, menedżerowie PGE i czy Kulczyk Holding próbują przekonać ich do swoich racji. Z drugiej strony agitują  działacze ekologiczni. I tak powinno być.  

- Najgorsze co może zrobić inwestor to zaskoczyć mieszkańców gmin, na których terenie ma powstać inwestycja. - Jeśli ludzie dowiadują się o czymś w ostatniej chwili to mają znacznie większą skłonność do protestowania – mówi Stoczkiewicz.

To było najlepiej widać na przykładzie Gąsek – miejscowości pod Mielnem, którą PGE w 2011 wybrało jaką jedną z możliwych lokalizacji elektrowni atomowej. Pani wójt dowiedziała się o tym dosłownie na dwa dni przez planowaną konferencją prasową, na której plany miały być ogłoszone. Nie kryła zaskoczenia i sceptycyzmu wobec inwestycji w Gąskach. A mając przeciwko sobie najważniejszą osobę w gminie, trudno przekonać resztę mieszkańców.

Elektrownia atomowa będzie w ogóle ogromnym wyzwaniem środowiskowym i społecznym. Ale na razie debata wygląda modelowo – zarówno przedstawiciele inwestorów jak i przeciwników jeżdżą po gminach gdzie może powstać siłownia, dyskutują i przekonują. Mieszkańcy mają już nawet trochę dość debatowania i chcieliby decyzji –planowana budowa elektrowni blokuje sprzedaż działek, z której żyją nadmorskie gminy.

Z syndromem NIMBY boryka się wiele krajów, także na Zachodzie. Tam jednak już nauczyli się z tym żyć, a organy państwa działają sprawniej.

Może w Polsce dałoby się zapożyczyć rozwiązania brytyjskie. W ramach pozwoleń na inwestycje procedury są tak skonstruowane, że organ prowadzi do tego, żeby strony się spotkały i osiągnęły porozumienie. Organizowane są nawet małe okrągłe stoły. Na przykład: ekolodzy mówią, że nie wzięto pod uwagę aspektów środowiskowych, emisje są za wysokie, firmy zaś twierdzą, że wprowadzenie ostrzejszych limitów emisyjnych jest niemożliwe, bo proponowane wynikają z tzw. najlepszej dostępnej technologii.

Organizuje się też wysłuchania publiczne, gdzie różne racje są prezentowane, uczestniczą w nich eksperci. To rozwiązuje część problemów.
U nas w przypadku tzw. pozwoleń zintegrowanych w ogóle nie ma takiej procedury, w przypadku pozwoleń środowiskowych można takie otwarte dla społeczeństwa rozprawy organizować. Ale organy się ich boją.

Nawet jeśli nie będą już budowane wielkie siłownie węglowe, to tak czy owak będą powstawać farmy wiatrowe, biogazownie, będziemy – mamy nadzieję – przerabiać ciepłownie na elektrociepłownie. A w perspektywie jest jeszcze elektrownia atomowa, która będzie wywoływać ogromne kontrowersje. Może warto pomyśleć zawczasu o tym, żeby ułatwić inwestorom zadanie? Nie chodzi przy tym o to żeby wykręcać ręce ekologom i przeciwnikom inwestycji, ale żeby poszukiwać kompromisu i znaleźć sposoby szybszego rozstrzygania sporów.

Skrócona wersja tego tekstu ukazała się w Raporcie Energetycznym tygodnika "Polityka" nr 44.

 

Zobacz także...

Rząd szykuje kolejny cios w smog

Magdalena Skłodowska

Dwa ministerstwa pracują nad projektem uszczelnienia szarej strefy obrotu zużytymi olejami. Teraz są one na potęgę nielegalnie wykorzystywane do ogrzewania, co powoduje emisję...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE