Menu
Patronat honorowy Patronage

Gdy „polityka energetyczna” walczy z „polityką polityczną”

Resort gospodarki pokazał dokument przedstawiający rządowe plany wobec sektora energetycznego. Nie jest zły, ale brakuje w nim odpowiedzi na kilka ważnych pytań.

Resort gospodarki pokazał dokument przedstawiający rządowe plany wobec sektora energetycznego. Nie jest zły, ale brakuje w nim odpowiedzi na kilka ważnych pytań.
Napisanie  sensownego  dokumentu pod tytułem „Polityka energetyczna rządu do 2050” nie jest proste. Jeśli ma on prezentować jakąś wartość, powinien zawierać rozstrzygnięcia kluczowych dylematów, przed którymi stoi dzisiaj nie tylko polska, ale cała unijna energetyka.

Sęk w tym, że polski rząd ma ograniczony wpływ na te dylematy. Stąd przydatność państwowej polityki energetycznej jest problematyczna. Widzą to nawet Niemcy, którym „Energiewende” wyszła niezupełnie tak, jak sobie zaplanowali i teraz dokonują korekt. 

Trudno mieć pretensje do urzędników, że nie przedstawili rozwiązania problemów, z którymi boryka się cała UE. Ale część dylematów można i należy w „Polityce energetycznej” jednak rozstrzygnąć, bo inaczej traci ona sens. 

A dylematów rozpalających wyobraźnię energetyków jest obecnie bez liku. Zacznijmy od tych, w których dokument opowiada się wyraźnie za jedną ze stron dyskusji.

Liczniki wprowadzić!

Pierwszy to tzw. inteligentne liczniki, nad których sensem debatują polscy energetycy. Na razie tylko gdańska Energa podjęła decyzję, że zainstaluje je na swoim obszarze.

Inne firmy prowadzą programy pilotażowe, ale nie brakuje sceptyków, którzy kwestionują obciążanie konsumentów kosztami instalacji nowych liczników. A są one niebagatelne – resort gospodarki ocenia je na 6 mld zł.

Wdrożenie inteligentnych systemów pomiarowych w Polsce wpłynie nie tylko na poziom zużycia energii elektrycznej przez odbiorców, ale także na poprawę bezpieczeństwa energetycznego kraju dzięki uzyskanej za pomocą tych liczników aktywizacji odbiorców w zakresie bardziej efektywnego zarządzania wykorzystywaną energią elektryczną, umożliwiającej redukcję obciążenia Krajowego Systemu Energetycznego w szczytach zapotrzebowania na energię elektryczną.

Dzięki wprowadzeniu inteligentnych systemów pomiarowych będzie możliwe wprowadzenie do polskiego systemu elektroenergetycznego mechanizmów umożliwiających zarządzanie stroną popytową (ang. Demand Side Management ‐ DSM).

Umożliwić mają one efektywne gospodarowanie energią elektryczną poprzez wpłynięcie na zmniejszenie jej zużycia przez odbiorców energii elektrycznej, tym samym służąc spłaszczeniu tzw. krzywej popytu i przyczyniając się do redukcji produkcji energii elektrycznej w momentach, gdy jest na nią największe zapotrzebowanie” – tyle projekt „Polityki energetycznej”.

O założeniach do ustawy o inteligentnych licznikach – czytaj: Ustawa licznikowa prawie gotowa

Co z tym wsparciem?

Podstawowy problem w UE to pogodzenie dotowanej energetyki odnawialnej z konwencjonalną ( gazową, węglową i atomową).

Energetyka odnawialna jest tania, bo wiatr i słońce są za darmo. Ale ponieważ jest znacznie mniej wydajna, żeby utrzymać się na rynku potrzebuje systemów wsparcia, za który w ostatecznym rachunku płacą konsumenci.

Dzięki temu wypiera z rynku energetykę konwencjonalną, która zgodnie z normami UE powinna działać na zasadach w pełni rynkowych. Niskie ceny na rynku hurtowym nie zachęcają do inwestycji w nowe siłownie węglowe, gazowe czy atomowe, ale bez nich trudno będzie zapewnić stabilne dostawy prądu. 

Energetyka konwencjonalna w całej UE walczy więc również o wsparcie z kieszeni konsumentów. Także w Polsce, choć udział wiatraków w wytwarzaniu energii sięga u nas ledwie 5 proc. to  spadek cen prądu sprawił, że opłacalność wielu budowy nowych elektrowni stoi pod znakiem zapytania.

Ale bez nich zabraknie nam prądu, więc firmy energetyczne apelują do rządu o wsparcie dla nowych inwestycji. Mówi się o tzw. rynku mocy, czyli instrumencie dzięki któremu elektrownie dostają dodatkowe pieniądze za moc udostępnianą w systemie.

Jakaś  postać tego systemu pod nazwą rezerwy operacyjnej funkcjonuje już w Polsce od stycznia, przeznaczono na to w tym roku 400 mln zł, ale to tylko namiastka pozwalająca przetrwać najstarszym elektrowniom.

Co w tej materii powiada projekt „Polityki energetycznej”? Można rzec, iż jest bardzo  powściągliwy we wnioskach.

Zasadne jest prowadzenie prac nad wdrożeniem instrumentów ograniczających ryzyko inwestorów, mających na celu zwiększenie przewidywalności ekonomicznej i bezpieczeństwa finansowego inwestycji w źródła wytwórcze, których funkcjonowanie stanowić będzie dla inwestorów impuls do budowy nowych mocy, w tym do uruchomienia projektów mających strategiczne znaczenie dla stabilności i bezpieczeństwa pracy KSE”.

To niewiele, zważywszy, że Komisja Europejska w wytycznych  twierdzi, że zgadza się na wsparcie  pod kilkoma szczegółowo zapisanymi warunkami.

Trudno wymagać, aby „Polityka energetyczna” przesądzała jaki system wsparcia powinien powstać. Ale to co naszym zdaniem powinno się w polityce energetycznej znaleźć to ocena, czy rząd polski będzie mógł i chciał wypełnić  warunki jakie stawia Komisja.

Łączniki oficjalnie i nieoficjalnie

 W ten sposób płynnie przeszliśmy do kolejnego problemu czyli łączników transgranicznych. 

Budowa interkonektorów jest właśnie jednym z warunków od którego Bruksela uzależnia zgodę na wsparcie dla elektrowni. Dopiero gdy mimo zbudowania łączników z innymi krajami prądu w danym kraju będzie brakować, może on podsypać pieniędzy swoim elektrowniom.

Teoretycznie pasuje to jak ulał do wizji Unii Energetycznej prezentowanej przez Donalda Tuska przed wyborami europejskimi.  Polski premier kładł tam nacisk przede wszystkim na budowę łączników, zwłaszcza gazowych, tak aby zmniejszyć uzależnienie Europy Środkowej od rosyjskiego gazu.

Ale co dobre dla gazu, dla prądu już niekoniecznie. Kiedy premier zaczął się spotykać z górniczymi związkami zawodowymi, to narzekali oni, że każda importowana megawatogodzina  oznacza mniej wydobytego węgla w kraju.

Premier stwierdził więc, że coś ze „szkodliwym importem” trzeba więc zrobić. Projekt „Polityki energetycznej”  wypowiada się  więc bardzo dyplomatycznie o tym zagadnieniu.

W to, że UE zbuduje  jednolity rynek energii, autorzy nie wątpią.

Rynek wewnętrzny energii będzie podlegać dalszej integracji – zamiast 28 krajowych rynków gazu i energii elektrycznej państw członkowskich, zorganizowanych wg jednolitych zasad kształtować się będzie jednolity rynek w skali UE, umożliwiający prowadzenie wymiany transgranicznej w sposób zharmonizowany.  Etap pośredni stanowić będzie zapewne integracji w ramach wyodrębnionych już obecnie rynków regionalnych” .

Ale jakie ma się zachować w tej sytuacji Polska?

W ramach funkcjonowania na jednolitym rynku energii Polska powinna dążyć do utrzymania elektroenergetycznych mocy wytwórczych umożliwiających w jak najwyższym stopniu pokrycie zapotrzebowania na energię elektryczną ze strony gospodarki narodowej, nie zaniedbując przy tym rozwoju połączeń transgranicznych.

Czyli Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Pytanie, czy to jest możliwe.

Każde połączenie transgraniczne z Niemcami otwiera nas na import taniego, dotowanego prądu z niemieckich wiatraków i paneli fotowoltaicznych.

Stąd sceptyczny stosunek rządu do niemieckiej propozycji budowy trzeciego łącznika między obu krajami, tzw. Ger- Pol Power Bridge o mocy 1500 MW, który zwiększyłby zdolności przesyłowe między obu krajami do 2000 MW (patrz graf).

To o 200 MW więcej niż budowana właśnie elektrownia w Opolu.

Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy Ger-Pol Power Bridge nie znalazł się na liście unijnych projektów tzw. CPI, dla których Polska wnioskowała o wsparcie finansowe.
Ale to nie znaczy, że idea jego budowy została pogrzebana, zwłaszcza, że zainteresowane nią były także firmy prywatne.

Naszym zdaniem „Polityka energetyczna” powinna jednak w sposób bardziej zdecydowany przesądzać do powstania jakich łączników transgranicznych będzie dążył polski rząd.

Górnictwo czyli czarna dziura

Pora przejść do najbardziej wrażliwej  części „Polityki energetycznej” czyli części poświęconej górnictwu. O tym, że sytuacja kopalń na Śląsku jest opłakana.

Autorom „Polityki energetycznej” nie można odmówić rozsądku, a nawet odwagi – wpisali do dokumentu fragmenty, które nie spodobałyby się górniczym związkom.

Należy także uwzględnić trudności z utrzymaniem konkurencyjności krajowego wydobycia w stosunku do węgla importowanego, wynikające ze stosunkowo wysokiego poziomu kosztów stałych, implikowanych przez uwarunkowania geologiczne, a także z aktualnej dynamiki cen węgla na rynkach światowych.

Odpowiedź powinny stanowić działania zwiększające efektywność wydobycia (w tym optymalizacja polityki sprzedażowej i kosztowej, dążenie do jak najlepszego wykorzystania renty geograficznej oraz posiadanego kapitału finansowego, rzeczowego i ludzkiego, a także poszukiwanie nowych rynków zbytu).”

Niestety, związkowcy nie zgadzają się na żadną „optymalizację polityki kosztowej”, która wiązałaby się z utratą przywilejów, a rząd nie czuje w sobie siły, żeby ją wymusić.

Polskie firmy energetyczne budują obecnie dwie wielkie elektrownie na węgiel kamienny– Enea w Kozienicach (1000 MW), PGE w Opolu ( 1800 MW). Kolejną o mocy 900 MW planuje Tauron. Elektrownie planowane są na 30- 40 lat.

Pytanie czy za 10 lat to polski węgiel będzie w nich spalany? I ile tego polskiego węgla będzie? Nie poznamy na nie odpowiedzi dopóki rząd nie przeprowadzi analizy ekonomicznie opłacalnych zasobów węgla w poszczególnych kopalniach. Piszemy o tym niemal co tydzień.

Autorzy projektu „Polityki energetycznej” wiedzą, że trzeba to zrobić, ale póki co nie ma na analizy pieniędzy w budżecie. 

Zapotrzebowanie na węgiel kamienny ze strony zainstalowanych w KSE źródeł wytwórczych powinno być w długim okresie skorelowane z poziomem efektywnego ekonomicznie krajowego wydobycia tego surowca”.

Dodają też, że „istnieją „pewne ryzyka związane z potencjalnym wzrostem uzależnienia importowego Polski na skutek ew. ekspansji importowanego węgla na rynku krajowym”.

Problem polega na tym, że dokument „Polityka energetyczna” styka się tutaj z polityką „polityczną”. Premier przyjął za aksjomat, że przed wyborami nie będzie drażnił górników. 

Rozsądniejsi ludzie w rządzie tracą wiarę, że to co robią ma sens. –  Bronimy tego węgla w UE, a jednocześnie nasze górnictwo jest chore i nie ma woli żeby je postawić na nogi – mówi z goryczą jeden z urzędników.

W Kompanii Węglowej tylko trzy kopalnie są obecnie rentowne. Reszta fedruje straty. W rekordzistce – kopalni „Brzeszcze” do każdej tony węgla dopłaca się aż 247 zł.

W Warszawie wybuchł spór między Dalkią, do której należy sieć ciepłownicza, a właścicielem elektrociepłowni – PGNIG Termika. Podobny konflikt jest we Wrocławiu, a wcześniej był w Lublinie. O co te kłótnie i jak ich uniknąć?

Związkowcy chcą połączenia ledwie zipiącej Kompanii Węglowej ze znajdującym się w niewiele lepszej sytuacji KHW oraz z Węglokoksem. Jeśli rząd się zgodzi, to najpewniej  następnym żądaniem będzie integracja górnictwa z energetyką.

Kompania Węglowa przesłała do resortu program restrukturyzacji. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom zarząd nie odważył się zaproponować zamknięcia ani jednej nierentownej kopalni.