Impas w rozmowach rządu z górniczymi związkami. Działacze wciąż nie pogodzili się z rzeczywistością

Impas w rozmowach rządu z górniczymi związkami. Działacze wciąż nie pogodzili się z rzeczywistością

Związkowcy grają tzw. głupa. Domagają się żeby nierentowne kopalnie wciąż trwały, tylko nie chcą powiedzieć kto ma za to zapłacić.

To już nie to, co drzewiej bywało. Gdy SLD rozważało w 2005 r. ograniczenie górniczych przywilejów emerytalnych, kilkunastotysięczna delegacja  górników zjechała do Warszawy. Górnicy spektakularnie pobili się z policją i  zdemolowali budynek Ministerstwa Gospodarki na Placu Trzech Krzyży w Warszawie. Ówczesny marszałek Sejmu Włodzimierz Cimoszewicz nie wykazał się odwagą cywilną - natychmiast poddał pod głosowanie odpowiedni projekt ustawy.

Po bijatyce policji z górnikami w 2005 r. budynek resortu gospodarki straszył wybitymi szybami i śladami od ognia

Po 15 latach w pod ziemią protestuje zaledwie ok. od 200 do 400 górników. Dokładna liczba nie jest znana, bo protestują rotacyjnie – część wychodzi na powierzchnię, ich miejsce zajmują inni. Trwają cały czas negocjacje związkowych działaczy z przysłanymi przez premiera delegatami – wiceministrem  aktywów państwowych Arturem Soboniem, któremu towarzyszy szef gabinetu politycznego premiera Krzysztof Kubów.

Nikt nie chce węgla

Górniczy związkowcy twierdzą, że bezpośrednią przyczyną protestu jest projekt Polityki Energetycznej Państwa do 2040, który zakłada, że w 2030 r. zostaną de facto dwie kopalnie węgla energetycznego – część rybnickich i Bogdanka oraz oczywiście wydobywające węgiel koksujący kopalnie JSW. Zapotrzebowanie na węgiel do elektrowni sięgnie zaledwie 14 mln ton (dziś to ok. 25 mln ton). Z ciepłowni i z indywidualnych pieców węgiel ma zniknąć zupełnie do 2030 r. To oznacza konieczność redukcji wydobycia o ok. 35 mln ton.

Na wydobywany w polskich kopalniach węgiel po prostu będzie spadał popyt. Odnawialne źródła energii, nowe siłownie na gaz, walka samorządów i państwa ze smogiem, wysokie ceny uprawnień do emisji CO2 – wszystko to będzie powodowało coraz mniejsze zużycie węgla. Gdybyż jeszcze kopalnie PGG miały zdolność redukcji kosztów…Ale o tym można tylko pomarzyć. Od 2019 r.  w PGG wydajność spadała, a koszty  rosły. Podobnie  rosły ceny polskiego węgla energetycznego, który jest dziś niekonkurencyjny nie tylko na rynkach europejskich, ale także w Polsce.

Ruda i Wujek umierają powoli

W rzeczywistości negocjacyjna gra toczy się nie o PEP 40, który jest tylko prognozą, choć pewnie trafną, ale o los dwóch kopalń – Ruda i Wujek. Ten drugi to mały problem, zatrudnia ok. 1400 osób. Znacznie więcej, bo ok. 6 tys. ludzi pracuje w kopalniach rudzkich. Zamknięcie tych kopalń zlikwiduje częściowo węglową górkę na 2021 r. i umożliwi skonstruowanie sensownego biznesplanu dla PGG.

Plan restrukturyzacji jest potrzebny dla Polskiego Funduszu Rozwoju, który zdecyduje o przyznaniu pożyczki w wysokości 1,7 mld zł. Plan będzie wymagał jeszcze zgody banków –obligatariuszy, które już raz musiały się zgodzić na tzw. strzyżenie swoich wierzytelności w 2016 r.

Związkowcy chcieliby zapewne żeby rząd znowu zmusił jakieś podmioty do dokapitalizowania PGG na „piękne oczy”. Energetyka sama ledwie zipie i nie ma już pieniędzy, banki bardzo boleśnie się sparzyły na inwestycjach w górnicze obligacje w czasach rządu PO-PSL, bogate spółki państwowe jak PKN Orlen czy KGHM chcą się trzymać bardzo daleko od węgla.

Rząd nie może też bez końca pompować w PGG pieniędzy z budżetu – wprawdzie koronawirus poluzował mocno unijne zasady pomocy publicznej, ale Bruksela nie będzie bez końca patrzyła przez palce na dofinansowanie górnictwa, jeśli Polska nie zawrze szerszego porozumienia zakładającego odejście od węgla, i to nie do 2060 r.

Głową w mur

Związki zawodowe, które od lat rządziły na „grubach” i przez swój tępy upór wobec jakichkolwiek zmian rynkowych ponoszą główną odpowiedzialność za stan w jakim znalazło się górnictwo, są  dziś beznadziejnie słabe.  Jeśli protest 400 osób w firmie, w której pracuje ponad 50 tys. ludzi, to obecna miara zdolności mobilizacyjnych działaczy wśród załóg, to rząd nie ma się czego bać.

Związkowcy nie próbowali nawet zacząć kodeksowych form protestu – wejścia w spór zbiorowy z pracodawcą i przygotowania referendum strajkowego (swoją drogą bardzo ciekawe jaki byłby wynik takiego referendum).

Podziemny protest jest drastyczny, niebezpieczny dla zdrowia górników (portal nettg.pl podał, że jeden z nich zasłabł), ale przypomina walenie głową w mur.

Co się stało trzy lata temu

Związkowcy ogłosili za to chyba konkurs na najbardziej wyszukaną metaforę opisującą to, co się stanie po zamknięciu tych dwóch kopalń. „Czwarte i piąte powstanie śląskie”, „Armageddon”, „bomba atomowa” – to  wykwity elokwencji działaczy, które przebiły się na czołówki mediów.

Czy rzeczywiście Śląskowi grozi katastrofa po odejściu 7 tys. górników?

Na to pytanie można spróbować odpowiedzieć, sprawdzając co się stało po zamknięciu kilku kopalń w 2016 r. Związkowcy porównują wprawdzie sytuację do końca lat 90, gdzie rzeczywiście zamykanie kopalń spowodowało degradację miast takich jak Wałbrzych czy Bytom, ale jesteśmy w 2020 r. w zupełnie innej rzeczywistości gospodarczej, bezrobocie sięgało wtedy 15 proc. dziś jest trzykrotnie mniejsze.

Oczywiście borykamy się ze skutkami pandemii, ale jest to nieporównywalne z bolesną transformacją lat 90.

Otóż między 2015 a 2019 r. na urlopy górnicze i emerytury odeszło prawie 10 tys. ludzi. Zamknięto kilkanaście kopalń i samodzielnych ruchów, ale nie nastąpił żaden „Armageddon”, „bomba atomowa” ani „czwarte i piąte powstanie śląskie”.

Być może „armageddon” zaatakował przychody związków zawodowych – zarówno te ze składek, jak i z geszeftów robionych przez związkowców w zamykanych kopalniach.

Dialog z 2016 r. między jedną z posłanek a przewodniczącym ZZ Kadra na zamykanej kopalni „Krupiński” Andrzejem Józefczykiem.

Posłanka: - Czy to prawda, że ZZ „Kadra” ma podpisaną umowę na świadczenie usług medycznych w p. opatrunkowych w „Krupińskim” na 2 mln zł?

Długa cisza.

Józefczyk: -ZZ kadra nie ma podpisanej umowy na 2 mln zł.

Posłanka: -To na ile ma?

Józefczyk: -ZZ „Kadra” nie ma podpisanej umowy na 2 mln zł

Posłanka: -Pytam się na ile? Nie potrafi pan odpowiedzieć?

Długa cisza.

Józefczyk: - Powiem pani. Po spotkaniu.

Posłanka: - Proszę powiedzieć teraz.

Józefczyk: - Kilkadziesiąt razy mniej.

Przypomnijmy, że plan zamknięcia Rudy i Wujka nie przewiduje zwolnień grupowych, a 1500 ludzi ma odejść do JSW. Za dwa lata trzeba pewnie wrócić do rozmowy o zamykaniu kolejnych kopalń, ale wtedy będzie już po pandemii, pojawią się też unijne pieniądze na transformację. Zresztą dotowanie przez budżet górniczych miejsc pracy w sytuacji w której np. sektor budowlany boryka się z brakiem rąk do pracy i sprowadza ludzi  z Ukrainy, nie ma wielkiego sensu.

Górnicy muszą się też pogodzić z faktem, że uzależnienie wysokości płac od wyników finansowych jest w gospodarce rynkowej normalną rzeczą.  Patologią jest raczej podwyższanie pensji, choć wyniki są coraz gorsze, tak jak to było w PGG w  2019 r.

Kto wypije to piwo?

Co powinien zrobić rząd? Na pewno przydałby się rządowy dokument, który rzetelnie i dokładnie opisze stan rzeczy – liczbę zatrudnionych w poszczególnych kopalniach PGG, wyniki finansowe firmy i kopalń, zatrudnienie w sektorze okołogórniczym, wysokość planowanych odpraw dla górników itd. Powinna tam się też znaleźć analiza skutków zamknięcia kopalń  w latach 2015 -2018 dla gmin, w których się znajdowały. Rząd mógłby  też od razu przedstawić pomysł na zrekompensowanie miastom takim jak Ruda czy Jaworzno ubytku dochodów z podatków płaconych przez kopalnie

Zdumiewające, że taki dokument nie powstał do tej pory. Jeśli nie zobaczymy porządnego obrazu jak się sprawy mają, to trudno w ogóle sensownie rozmawiać.  Nawet naukowcy są wzruszająco bezradni. Socjolog, prof. Maciej Szczepański, pytany przez portal wnp.pl o możliwe skutki zamknięcia kopalń stwierdził np., że „będzie ono trudne na przykład dla pijalni piwa. Te w dzielnicach górniczych mogą upaść, bowiem po likwidacji kopalń zabraknie im klienteli”.

Można z powodzeniem bronić tezy wręcz przeciwnej. Uposażeni tłustymi odprawami, górniczymi emeryturami i innymi świadczeniami byli górnicy będą mieli na pewno więcej czasu na siedzenie w knajpach oraz zagraniczne wycieczki.  Najlepiej  w barach i biurach podróży prowadzonych przez byłych związkowców, bo przecież ich naturalny dryg do tego biznesu nie może się zmarnować.

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE