Prawdopodobnie najlepszy
portal analityczny w Polsce
poświęcony energetyce



Polityczne sieci

Kategoria: Sieci , Rynek energii

tagi: Energetyka na świecie import energii Niemcy Rosja Ukraina Litwa Enea PGE Polenergia PSE 

Chcemy Unii Energetycznej i wolnego rynku, ale w rzeczywistości bronimy państwowych monopoli. Ile polityki stoi za połączeniami energetycznymi Polski z sąsiadami, które umożliwiłyby import taniej energii?

Wbrew pozorom o budowie połączeń energetycznych z naszymi sąsiadami nie decyduje czysty rachunek ekonomiczny i możliwości techniki. O wiele częściej, niż nam się wydaje, o tym z jakim krajem połączą nas wspólne druty elektryczne decydują dyplomaci i najwyżsi rangą przedstawiciele rządu.

Do końca tego roku powinien zakończyć się proces budowy jednolitego rynku energii elektrycznej w całej Unii Europejskiej. Ich efektem ma być niemal taka sama swoboda w handlu energią jak chociażby komputerami.

Zdaniem Komisji Europejskiej dzięki temu Unia wykorzysta efekt przewagi komparatywnej poszczególnych krajów. Energia będzie produkowana w tych krajach, w których jest najtaniej, na czym skorzystają wszyscy. Zdaniem Brukseli to także klucz do rozwoju odnawialnych źródeł energii (OZE). Na jednolitym unijnym rynku energii zawsze gdzieś świeci słońce, wieje wiatr, płyną rzeki lub faluje ocean. Dzięki temu energia z OZE powinna być w Europie dostępna cały czas. Zmieniać się będą tylko kierunki jej dostawy.

Bruksela nie doceniła jednak drugiego zjawiska, znanego w ekonomii od dawna – efektu Stolpera-Samuelsona. Obaj ekonomiści zauważyli, że w krajach, w których danego towaru jest relatywnie dużo (jak np. energii w Niemczech i Rosji), tworzą się grupy interesu lobbujące za otwarciem rynku na eksport, dzięki czemu ceny ich towarów mogłyby wzrosnąć. Z kolei w tych krajach, w których towaru jest mało, a przez to ceny są relatywnie wysokie, pojawia się sprzeciw producentów wobec otwierania granic.

Doskonałym przykładem takiego lobbingu przeciwko szerokiemu otwieraniu polskiego rynku energetycznego są krajowi producenci prądu, a także górnicy, którzy dostarczają im węgiel. Polska w ostatnich miesiącach importuje już więcej energii, niż sprzedaje za granicę i nie brakuje u nas zwolenników wpuszczania taniego prądu jeszcze szerszym strumieniem. To mogłoby napędzić inne gałęzie gospodarki. Jednak na razie to zwolennicy zamykania granic kształtują politykę energetyczną Polski.

– Jesteśmy importerem energii, bo zagraniczna jest tańsza i wchodzi na nasz rynek. Dzisiaj bronimy się minimalizując nasze łącza energetyczne. Mamy jedną z najmniejszych w Europie przepustowości łączy energetycznych – przyznał niedawno w sejmowej dyskusji wiceminister gospodarki Jerzy Witold Pietrewicz. W tym samym czasie premier Tusk roztaczał przed Polakami wizję Unii Energetycznej.

Trudne więzi z Niemcami

Na zachodniej granicy mamy dwa duże połączenia energetyczne, ale zdolności importu energii do kraju są znikome. Oba połączenia zajmuje prąd, który przez Polskę przepływa jedynie "tranzytem" do Czech a dalej do Bawarii i Austrii, gdzie został zakontraktowany. Polscy odbiorcy energii nie mogą z niego skorzystać. Aby rozwiązać ten problem i umożliwić zakupy energii w Niemczech potrzebne jest postawienie na granicy wielkich urządzeń (tzw. przesuwników fazowych), które pozwolą polskiemu operatorowi sieci przesyłowej – Polskim Sieciom Elektroenergetycznym (PSE) – na kontrolowanie przepływów energii. O konieczności ich budowy wiadomo od dawna, ale prace przebiegały do tej pory dość wolno. Dopiero niedawno Polacy i Niemcy dogadali się i testują system informatyczny, który ma imitować przesuwniki. Ale do zwiększenia możliwości importu energii jest jeszcze daleko.

Z Niemcami połączyć nas miała ponadto trzecia linia energetyczna – Eisenhuettenstadt-Plewiska. Najpierw jej budowę odkładano na później ze względu na napięty harmonogram inwestycji PSE w innych częściach kraju. Gdy jednak okazało się, że linię postawić chce konsorcjum polskiego Enerco z amerykańskim 3M, PSE także się mu sprzeciwiła. Powstała grupa robocza, która do niczego nie doprowadziła, a ponieważ Enerco, jako inwestor wielkich farm wiatrowych jest klientem PSE, to o budowie wbrew krajowemu operatorowi sieci nie mogło być mowy. Łącznik nie znalazł się też na liście do dofinansowania przez Unię Europejską w planie do 2020 roku. Przedstawiciel PSE tłumaczy nam, że najpierw chcemy rozbudować krajowe linie. W przeciwnym razie efekt byłby taki, jakby do granicy doprowadzić autostradę, a później puścić ruch drogą wojewódzką.

Nowe połączenia nie wymagałyby wielkich nakładów finansowych. Oszacowaliśmy ich koszty i możliwości budowy, ale to biznes polityczny

Analizy nowych połączeń z Niemcami przeprowadziła też jedna ze spółek energetycznych, która handluje u nas energią. – Wbrew powszechnym opiniom nowe połączenia nie wymagałyby wielkich nakładów finansowych. Oszacowaliśmy ich koszty i możliwości budowy, ale to biznes polityczny. O tym co powstanie decyduje się nie w jakiejkolwiek firmie, a w ministerstwie i kancelarii premiera – mówi jeden z menadżerów spółki.

Litewska zagadka

Więcej szczęścia miało jedyne nowe połączenie transgraniczne, które powstanie w Polsce w tej dekadzie – most energetyczny z Litwą. Po wielu latach rozmów o nowej linii zgoda na jej budowę zapadła gdy nasze relacje z Litwinami kwitły – w tym samym czasie Orlen kupił, dzisiaj nic już niewartą, rafinerię w Możejkach, a PGE przymierzała się do współudziału w budowie nowej litewskiej elektrowni atomowej. Zresztą to połączenie zamykające bardzo ważny dla całej Unii Europejskiej pierścień sieci najwyższych napięć wokół morza Bałtyckiego. Polsce, wówczas świeżemu członkowi UE, nie wypadało więc odmówić. Jednak most zaprojektowany został jako dwukrotnie większy. Na razie powstaje pierwsza linia. O tym kiedy mogłaby powstać druga w Polsce oficjalnie jeszcze się nawet nie dyskutuje.

Rosyjskie rozmowy

Od lat most energetyczny do Polski chce wybudować także Rosja. Nasi wschodni sąsiedzi planowali budowę wielkiej elektrowni atomowej w Kaliningradzie. Tania energia jądrowa miała zasilać kraje bałtyckie i północno-wschodnią Polskę. Jednak jakiekolwiek rozmowy w tej sprawie nie odbywają się bez konsultacji z Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Warszawa, ze względów dyplomatycznych, nie chce powiedzieć "nie", ale ze względów gospodarczych i geopolitycznych nie ma w tej chwili szans na zielone światło dla tej inwestycji. Ponownie powstała zatem grupa robocza, zlecane są analizy i badania. A wszystko dzieje się skrupulatnie i bez pośpiechu.

Białoruskie manewry

Drugim "gorącym kartoflem", a właściwie "gorącą pyrą", jest – należąca do poznańskiej Enei –linia energetyczna z Białorusią. Nieczynne od blisko dekady połączenie zostało kupione przez Eneę bez wystarczających analiz… geopolitycznych. Gdy poznański koncern (który więcej prądu sprzedaje swoim klientom, niż sam produkuje) chciał je uruchomić, projekt Anakonda (bo tak nazywa się spółka, do której sieć bezpośrednio należy) został wstrzymany przez MSZ. Znamienne, że co roku w Polsce odbywają się manewry wojskowe, w trakcie których ćwiczona jest wojna na wschodniej granicy o znajomo dla Enei brzmiącej nazwie… Anakonda.

Zgody nie ma także na odbudowę drugiego połączenia z Białorusią, należącego do PSE. Chociaż koncern w najbliższej dekadzie planuje na wschodzie kraju inwestycje, które ułatwiłyby jego przywrócenie, a nawet rozbudowę.

Ukraiński front

Równie opornie przebiegają rozmowy z Kijowem. Za czasów prezydenta Kuczmy, a następnie Janukowycza, to po polskiej stronie nie było chęci przywrócenia do życia wielkiej linii energetycznej Rzeszów-Chmielnicka. Po ubiegłorocznym obaleniu prorosyjskiego rządu w Kijowie wydawało się, że coś zaczyna iskrzyć. W maju na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach prezes PSE Henryk Majchrzak mówił, że ponownie ruszyły rozmowy w sprawie przywrócenia połączenia i w tej sprawie jest optymistą. PSE chciałoby używać go jako rezerwy mocy dla krajowego systemu energetycznego, który za 2-3 lata może mieć problemy z dostarczeniem energii do wszystkich odbiorców w godzinach szczytu. Na razie jednak wojna na wschodzie Ukrainy przerwała podpisanie listy intencyjnego w sprawie inwestycji.

Chęć na wykorzystanie połączenia ma należąca do Jana Kulczyka Polenergia. Spółka w czerwcu podpisała z ukraińskim Energoatomem list intencyjny. Po odbudowie połączenia polska spółka mogłaby importować tanią energię z ukraińskich elektrowni atomowych. Jednak z tego samego szanse jego uruchomienia w najbliższych latach są niewielkie. A jeżeli już, to na polskich warunkach – czyli tylko w tych godzinach, w których nasze elektrownie nie będą miały już wystarczająco dużo mocy.

Czytaj więcej: Kulczyk wystartował w wyścigu o prąd z Ukrainy

Tania energia też kosztuje

Podstawowy powód dla którego niechętnie rozbudowujemy swoje połączenia z sąsiadami to strach przed tanim prądem. Elektrownie za naszą wschodnią granicą nie muszą spełniać unijnych wymogów emisyjności i standardów bezpieczeństwa. reaktory atomowe powstały lata temu dzięki rządowym pieniądzom, a węglowe korzystają z tańszego paliwa. Dzięki temu produkują taniej. Z kolei za zachodnią granicą jest ogromna ilość taniej, bo dotowanej przez niemieckich odbiorców, energii ze źródeł odnawialnych.

Gdyby import energii wzrósł, ceny na polskim rynku spadłyby poniżej poziomu rentowności nowych (bardziej ekologicznych) elektrowni. Do zamknięcia byłoby też kilka najdroższych instalacji, a w ślad za nimi kilku kopalń. Miejsca pracy straciłyby tysiące osób.

Być może (rząd nigdy nie przeprowadził takich analiz) dzięki tańszemu prądowi wzmocnilibyśmy nasz przemysł i utworzyli jeszcze więcej nowych stanowisk. Per saldo mogłoby się to opłacać. Jednak jak wytłumaczyć wyborcom, że zamykamy elektrownie i kopalnie, bo z analiz wynika, że za chwilę powstaną dla nich nowe miejsca pracy w innych gałęziach przemysłu? A to wszystko przy akompaniamencie opozycji sprzeciwiającej się uzależnianiu od importu energii.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież



Zamów cotygodniowy newsletter



Kolejny rekord zapotrzebowania. Elektrownie mają problemy

Zgodnie z przewidywaniami dziennikarzy portalu WysokieNapiecie.pl w piątek został pobity kolejny rekord letniego zapotrzebowania na moc. Z powodu upałów część elektrowni węglowych ma już problemy z chłodzeniem. System energetyczny trzeszczy w szwach. Rząd wolno się jednak uczy.

czytaj dalej...

Rekord zapotrzebowania pobity. Mieliśmy najdroższą energię w Europie

W czwartek, 23 czerwca, pobiliśmy historyczny rekord letniego zapotrzebowania na moc, a ceny energii elektrycznej w Polsce poszybowały dużo ponad ceny w jakimkolwiek innym europejskim kraju. Dzisiaj może paść kolejny rekord zużycia. System ma się jednak lepiej, niż rok temu.

czytaj dalej...

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Akceptuje pliki cookie z tej strony.