Energetyka straciła pewność siebie

Kategoria: Rynek energii

Polska ma największy w UE kłopot ze energetyką, bo ponad 80 proc. prądu produkujemy z węgla kamiennego i brunatnego, a nasze elektrownie są często przestarzałe. Ale większość innych państw UE również po omacku próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak przeprowadzić transformację sektora energetycznego.

Energetyka, jak żadna inna gałąź gospodarki, może poza przemysłem zbrojeniowym, jest zależna od regulacji państwowych. Przez kilka powojennych dekad to rządy decydowały, gdzie i jakie elektrownie mają powstać. Kraje kapitalistyczne niewiele się w tej kwestii różniły od socjalistycznych. Przez lata dominowała doktryna samowystarczalności energetycznej, stosowano systemy regulowanych taryf, tworzono wielkie, monopolistyczne państwowe struktury. Francja w latach 70. chciała uniezależnić się od dostaw importowanego węgla i gazu, a przy tym rozwijać badania nad technologiami jądrowymi przydatne przy konstrukcji coraz lepszej broni. Postawiła więc na elektrownie atomowe, które dziś zapewniają ponad 75 proc. prądu.

Wielka Brytania wydobywająca wtedy jeszcze olbrzymie ilości węgla, także wybudowała kilka elektrowni atomowych, dziś już powoli dożywających swoich dni.

W Niemczech Zachodnich także budowano elektrownie atomowe, choć miks energetyczny jest tam zdecydowanie bardziej zróżnicowany – powstało także wiele siłowni węglowych i gazowych. Do końca lat 70. własny węgiel kamienny wciąż odgrywał istotną rolę w zachodnich Niemczech, więc, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, budowano także elektrownie węglowe.

W Szwecji i Finlandii – elektrownie atomowe wybudowane 40 lat temu wciąż zapewniają około połowy elektryczności. Drugą połowę dają w Szwecji elektrownie wodne, a w Finlandii przede wszystkim biomasa. Elektrociepłownie wykorzystujące surowiec z olbrzymich fińskich lasów i licznych odpadków przemysłu drzewnego stały się fińską specjalnością.

W Europie Środkowej i Wschodniej Polska jest jedynym krajem w takim stopniu uzależnionym od węgla. W Czechach, na Słowacji, na Węgrzech powstały importowane z ZSRR elektrownie atomowe, które zapewniły znaczną część energii.

W gospodarstwach domowych od lat 70. zaczął się szybki proces odchodzenia od palenia węglem. Wypierał go gaz, którego złoża odkryto w latach – 70. i 80. na Morzu Północnym. Ale tego gazu było mało, dlatego Europa Zachodnia zdecydowała się na import z ZSRR, przy gromkich zresztą protestach USA.
W latach 80 i 90 na fali tendencji do urynkowienia i zwiększenia wydajności, energetyka została częściowo sprywatyzowana i posłana na giełdę. Równocześnie stworzono rynek energii, w którym odbiorca dostał znacznie więcej praw, łącznie z możliwością zmiany dostawcy.
Europa Środkowa po upadku komunizmu powielała zachodni model energetyki, co zresztą wymuszały kolejne unijne pakiety energetyczne.

Wszystko zmieniło się raptownie, gdy ruszył na dobre system wsparcia odnawialnych źródeł energii. Dla polityków i społeczeństw państw Zachodu OZE miały same zalety: pomagały uniezależnić się od importu surowców, przyczyniały się do obniżenia emisji CO2 i innych związków chemicznych, stymulowały rozwój nowych technologii, w których Europa miała być liderem. Awaria elektrowni jądrowej w Fukushimie w 2011 r. spowodowała, że Niemcy przyspieszyły zamknięcie swoich atomówek i ogłosiły plan Energiewende czyli transformację energetyczną, oznaczającą przejście w maksymalnym stopniu na źródła odnawialne. W ciągu ostatnich 10 lat na subsydia do OZE nad Renem i Łabą wydano ok. 100 mld euro. Powstało ponad 30 tys. MW mocy fotowoltaicznych i 27 tys. MW z wiatraków. Podobne programy wsparcia OZE choć w znacznie mniejszej skali uruchomiły wszystkie kraje UE, zgodnie z unijnym prawem i wyznaczonymi celami udziału tych źródeł w miksie energetycznym. W ten sposób powstały dwa równoległe systemy wytwarzania energii – konwencjonalny i odnawialny. Skutków nikt wtedy nie przewidywał.

Burzliwy rozwój odnawialnych źródeł energii, a zwłaszcza lawinowo spadające koszty paneli fotowoltaicznych i wiatraków wywołały niemal we wszystkich krajach dyskusję o przyszłości energetyki. Stare schematy okazują się nieprzydatne. Wyobraźmy sobie konkurencję dwóch elektrowni - wiatrowej i zwykłej. Wiatrowa sprzedaje swoją energię po takiej samej cenie, ale może liczyć na subsydia do każdej wyprodukowanej kilowatogodziny, zarabia więc znacznie więcej. W dodatku koszt wyprodukowania prądu z wiatru jest niewielki, bo wiatr jest darmowy.
Gdy wiatr wieje i  świeci słońce Niemcy są w stanie obejść się bez większości elektrowni konwencjonalnych, które wtedy stoją bezczynnie, a utrzymywać je trzeba.

Jak w tej sytuacji widzą swoją energetykę główne, duże kraje UE? Zdecydowanie najbardziej spójną i długoterminową strategię energetyczną mają Niemcy. Energiewende przewiduje, że Niemcy do 2050 r. co najmniej 80 proc. energii będą produkować z OZE. Strategia zakłada jednak bardzo powolną transformację - w 2025 r. udział OZE ma wynosić 40-45 proc. w – 50-60 proc.

Równocześnie znikać będą elektrownie konwencjonalne – już za sześć lat zostaną zamknięte siłownie jądrowe. Elektrownie na węgiel brunatny odejdą do rezerwy, chociaż będą gotowe świadczyć usługi, gdy będą potrzebne.
Niemcy doskonale zdają sobie sprawę, że, że szybka transformacja energetyczna nie jest możliwa. Udowodniła to ostatnia zima. Fala mrozów przyniosła flautę, wiatraki więc stały bezczynnie, a panele fotowoltaiczne zimą pracują znacznie krócej.

Niemcy inwestują w technologie magazynowania energii, które umożliwią gromadzenie prądu wyprodukowanego przez wiatraki i panele i wykorzystywanie go w dowolnym czasie. Technologie te wciąż są drogie, ale nad Renem i Łabą uważa się, że ich opłacalność to wyłącznie kwestia czasu.

Największym beneficjentem Energiewende jest niemiecki przemysł. Nie dość, że został zwolniony z opłat za transformację, które w swoich rachunkach w większości ponoszą gospodarstwa domowe, to jeszcze niemieckie firmy stworzyły olbrzymi potencjał eksportowy. Siemens, okręg flagowy niemieckiego przemysłu elektrotechnicznego, jest światowym potentatem produkcji wiatraków i technologii efektywności energetycznej.

Dla sektora OZE pracuje tysiące firm małych i dużych, produkujących zarówno wiatraki (jak zbudowany od podstaw Enercon), jak i urządzenia do pomiaru wietrzności czy nasłonecznienia, kolektory słoneczne czy pompy ciepła.
Przemysł związany z odnawialną energią zatrudnia dziś w Niemczech 300 tys. ludzi. Nic dziwnego, że praktycznie żadna licząca się siła polityczna nie kwestionuje dziś Energiewende, choć toczy się dyskusja o jej tempie i rozłożeniu kosztów.

W porównaniu z uporządkowaną polityką Niemiec Francja wydaje się stać w rozkroku. Wybudowany przed laty potężny przemysł jądrowy powoli traci potencjał. Flagowy okręt francuskiego przemysłu jądrowego, Areva musiala zostać dokapitalizowana przez EDF. Opracowywany przez lata hit eksportowy – reaktor EPR okazał się źródłem nieustających problemów. Na budowach w Finlandii (Olkiluoto) i we Francji firma zaliczyła spore opóźnienie, a Finowie grożą wyegzekowaniem olbrzymich kar finansowych, sięgających miliardów euro.

We Francji od jakiegoś czasu mówi się o zmniejszeniu udziału energetyki atomowej w miksie energetycznym. Postulował to także nowo wybrany prezydent  Emmanuel Macron. Sektor energetyczny traktuje to już niemal jako oczywistość. W przedstawionym Komisji Europejskiej wspólnym raporcie niemieckich i francuskich stowarzyszeń firm energetycznych szacuje się, że potencjał fotowoltaiki w 2030 r. we Francji wzrośnie z obecnych 0,4 GW do 30 GW. Więcej ma być także wiatraków – ich moc wzrośnie z 1,4 GW także do ok. 30 GW.

Możliwości rozwoju fotowoltaiki we Francji nikt nie kwestionuje, trudno jednak przesądzać czy porównywalny wzrost mocy wiatraków jest prawdopodobny, bo Francuzi niechętnie patrzą na farmy wiatrowe na lądzie, uważając, że szpecą szlachetny galijski krajobraz. Kilka spraw dotyczących ich budowy znalazło się w sądzie - z reguły wygrywali przeciwnicy stawiania wiatraków w miejscach o walorach krajobrazowych. Dużo bardziej sprzyjający klimat panuje dla farm wiatrowych na morzu.

Równocześnie francuscy energetycy zakładają zmniejszenie udziału atomu w miksie energetycznym. Z obecnych blisko 55 GW mocy w elektrowniach atomowych za 13 lat ma zostać ok 45 GW, co związane będzie z wyłączaniem najstarszych bloków. Francuscy i niemieccy energetycy chcą blisko współpracować, zakładają wzrost mocy połączeń transgranicznych i wspólne mechanizmy wsparcia potrzebnych elektrowni konwencjonalnych.

Wielka Brytania - pionier w dziedzinie urynkowienia energetyki - dziś staje przed problemem braku potrzebnych mocy w systemie. Stopniowo będą zamykane stare, wybudowane jeszcze w latach 60. elektrownie atomowe. Równocześnie do 2025 r. ma zniknąć osiem działających jeszcze elektrowni węglowych. Planuje się też wybudowanie jeszcze jednego bloku atomowego w Hinkley Point. Koszty tej inwestycji sięgają 16 mld funtów. Żeby zapewnić opłacalność przedsięwzięcia brytyjski rząd musiał zagwarantować inwestorowi – konsorcjum francuskiego EDF i Chińczyków – stałą cenę prądu, dwukrotnie wyższą niż obecna, co wywołało falę wątpliwości i protestów na Wyspach.
Udział OZE w miksie energetycznym Wielkiej Brytanii ma wzrosnąć w 2030 r. do 50 GW z obecnych niecałych 20 GW. Ale rząd w Londynie nie jest tak hojny dla wiatraków czy fotowoltaiki jak niemiecki, stąd OZE rozwijają się tam dużo wolniej.

Dylematy energetyczne mają także Skandynawowie. Szwecja ma wprawdzie teoretycznie najczystszą energetykę w UE – połowa prądu pochodzi z elektrowni wodnych a połowa z atomu. Ale elektrownie atomowe są stare i skończą pracę w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Rząd szwedzki zaś średnio co dwa lata zmienia zdanie w kwestii budowy nowych siłowni atomowych – raz ulega naciskom Zielonych i rezygnuje z nich stawiając na OZE i efektywność energetyczną, potem znowu wraca do pomysłu, bo uznaje, że bez atomu przemysł szwedzki nie będzie miał wystarczającej ilości prądu.W zeszłym roku zdecydowano, że nowe elektrownie jądrowe powstaną, nie proponując jednak żadnego mechanizmu wsparcia, a wiadomo, że na zasadach rynkowych nikt ich nie wybuduje.

Podobnych rozterek nie mają Finowie. Po ukończeniu budowy elektrowni w Olkiluoto planują kolejną w Hanhikivi, o mocy 1200 MW. Udziałowcem i dostawcą technologii jest rosyjski Rosatom. Elektrownie w Finlandii powstają w unikalnym modelu finansowym – inwestorem jest konsorcjum kilkudziesięciu przedsiębiorstw przemysłowych i gmin.

Strategie energetyczne krajów Europy Środkowej i Wschodniej składają się głównie ze znaków zapytania. W Pradze odłożyli plany budowy nowej elektrowni atomowej, aczkolwiek nie zrezygnowali z nich całkowicie.  Z przyjętej w 2015 r. rządowej strategii wynika, że do 2030 r. miks energetyczny ma być oparty na atomie (46-58 proc.) i OZE (18-25 proc.), udział gazu i węgla ma systematycznie się zmniejszać, a emisja CO2 ma spaść o 40 proc. w porównaniu z 1990 r. Tyle że na razie nie bardzo widać skąd miałby się wziąć wzrost udziału atomu, bo nic nowego się nie buduje.

Wyjątek w naszej części Europy stanowią Węgrzy, którzy mają jasną i długoterminową strategię, choć jest to strategia z ubiegłej epoki. Energetyki ma być w pełni kontrolowana przez państwo, na element rynku i udziału konsumenta rząd nie kładzie zbyt wielkiego nacisku.  Budapeszt postawił na atomowy sojusz z Rosją - Rosatom postawi tam dwa bloki jądrowe o mocy 2400 MW. Siłownia będzie budowana za kredyt z rosyjskich banków. Na inwestycję po długich deliberacjach zatwierdziła Komisja Europejska. Czas pokaże, czy Madziarzy postawili na dobrego konia, dziś można powiedzieć, że na pewno nie jest to koń tani - siłownia będzie kosztować 12,5 mld euro, z czego 10 mld to kredyt od Rosjan.

Ten krótki przegląd pokazuje, że w energetyce panuje ogromna niepewność – i firmy, i państwa czekają na przełom technologiczny, który wydaje się być tuż za rogiem. Nowe technologie – OZE, magazynowanie energii, integracja sektora energetycznego z informatycznym zmieniają sektor, ale  transformacja nie będzie rewolucją. Energetyka, tak jak gigantyczny tankowiec, potrzebuje czasu na zakręt.
Jedno wydaje się pewne – prawie nikt w Europie nie pokłada już wielkich nadziei w węglu. W kwietniu temu największe europejskie firmy energetyczne zrzeszone w Eurelectric zobowiązały się, że nie będą budować nowych elektrowni węglowych po 2020 r. Tej deklaracji nie podpisały tylko firmy z Polski i Grecji. Hellada dysponuje sporymi złożami węgla brunatnego i Grecy mają nadzieję ciągle z nich korzystać, tyle, że nie mają pieniędzy. Próbują więc zainteresować inwestycją firmy z Chin.

Obietnica firm energetycznych zrzeszonych w Eurelectric w gruncie rzeczy nie ma zresztą większego znaczenia – jest bardziej pogodzeniem się ze stanem faktycznym niż próbą kreowania przyszłości.  Zachodnioeuropejskie firmy uciekają od węgla, czasem kierując się bardziej wizerunkiem niż wskaźnikami finansowymi, czego dowodem może być sprzedaż rentownej i perspektywicznej jeszcze przez wiele lat elektrowni w Połańcu przez francuskie Engie.

Nie podejmujemy się przewidzieć, dokąd zaprowadzi nas tranformacja europejskiej (ale i światowej) energetyki w ciągu najbliższego ćwierćwiecza.  Zieloni optymiści wierzą, że na końcu tej drogi będzie eliminacja paliw kopalnych i energetyka oparta w całości o OZE, magazynowanie i technologie informatyczne. Sceptycy, których w Polsce nie brakuje, wierzą, że cała ta zielona transformacja to fantasmagoria, która kiedyś się skończy, bo zabraknie prądu.
A może będzie jeszcze inaczej? W końcu, jak napisał przed ponad 100 laty Eduard Bernstein, wybitny niemiecki socjaldemokrata, „to ruch jest wszystkim, a ostateczny cel  jest niczym”.

Skrócona wersja tego tekstu ukazała się najpierw w portalu obserwatorfinansowy.pl





Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież



Zamów cotygodniowy newsletter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Akceptuje pliki cookie z tej strony.