Prawdopodobnie najlepszy
portal analityczny w Polsce
poświęcony energetyce



Polska tworzy w UE frakcję „karbonariuszy”

Kategoria: Rynek energii , Węgiel , OZE

tagi: Komisja Europejska Ministerstwo Energii rynek mocy polityka energetyczno-klimatyczna Polityka energetyczna Polski bezpieczeństwo energetyczne Unia Europejska 

Oprócz naszego kraju w koalicji mają się znaleźć Grecja, Rumunia, Bułgaria, Chorwacja i Estonia. Warszawa chce te kraje namówić do walki o zniesienie limitu emisji dla elektrowni korzystających z pomocy publicznej. W ten sposób niestety rząd wpada w pułapkę zastawioną przez Brukselę, zupełnie świadomie zresztą i nie bardzo mając pola do innego manewru.

Karbonariusze, czyli węglarze, to włoscy spiskowcy walczący z absolutystycznymi rządami w I poł. XIX w. Dziś termin ten pasuje jak ulał do koalicji krajów, którą chciałaby zawiązać Polska. W przyszłym tygodniu Ministerstwo Energii umówiło się z przedstawicielami tych państw na rozmowy o wspólnym froncie, zmierzającym do przeciwstawienia się nieszczęsnemu limitowi emisji 550 g CO2 na 1 KWh, który Komisja Europejska zaproponowała dla elektrowni korzystającym ze wsparcia państwa w postaci rynku mocy.

Ale koalicja sześciu wymienionych tu krajów nie stworzy jeszcze mniejszości blokującej w Radzie UE, umożliwiającej zmianę tych przepisów. Do takiej próby sił jest zresztą jeszcze daleko, bo nadal trwa wyjaśnianie sobie stanowisk. Strony wciąż rozgryzają, co dokładnie zaszyła Bruksela w liczącym tysiące stron zimowym pakiecie energetycznym.

Już widać, że Komisja Europejska wstawiając w ostatniej chwili do rozporządzenia o rynku energii przepis o 550 g osiągnęła swój cel. Używając niezbyt może pochlebnej, ale trafnej metafory, Bruksela podsunęła polskiemu buldogowi kość, na którą ten skwapliwie się rzucił. Dla Polski zmiana tego zapisu będzie głównym celem w negocjacjach, bo jak żaden inny blokuje wsparcie dla elektrowni węglowych. Problem polega na tym, że w pakiecie zimowym jest jeszcze mnóstwo innych rozwiązań, które bardzo utrudnią wprowadzenie mechanizmów wsparcia elektrowni węglowych w Polsce, zwłaszcza w wersji zaproponowanej przez rząd w ustawie o rynku mocy. To chociażby obowiązek uwzględniania w pierwszym rzędzie połączeń transgranicznych.

W czwartek wiceminister energii Michał Kurtyka nie wykluczył uruchomienia procedury żółtej kartki. To specjalny tryb, w którym parlamenty narodowe uchwalają, że projekty Komisji naruszają zasadę pomocniczości. Jeśli żółtą kartkę da więcej niż 1/3 parlamentów (każdy z nich ma 2 głosy) to projekt podlega ponownej analizie. Tak stało się w sprawie projektu dyrektywy o pracownikach delegowanych. Komisja jednak zareagowała jak wytrawny piłkarz – dostała kartkę i gra dalej. Kolejna analiza nie wykazała naruszenia zasady pomocniczości.

Ewentualne zniesienie limitu 550 gramów będzie przedstawiane jako wielki sukces Polski, choć tak naprawdę w sytuacji firm energetycznych, które teraz budują nowe niespecjalnie rentowne bloki węglowe, niewiele się zmieni. Przedstawiciele rządu dobrze sobie z tego zdają sprawę, ale muszą tańczyć do muzyki, którą gra Bruksela.

Inna sprawa, że w tworzonej przez Polskę koalicji tylko nasz kraj zamierza używać pomocy publicznej w postaci rynku mocy. O rynkach mocy u reszty nic nie słychać, rok temu w czasie badania sektorowego na temat mechanizmów mocowych KE nie znalazła w tej grupie śladu zainteresowania takimi rozwiązaniami. Poza Polską oczywiście. I poza Polską oraz Grecją próżno w nich szukać poważnych planów rozbudowy elektrowni węglowych.

W Rumunii przez kilka lat w przygotowania do budowy nowego 600 MW bloku zaangażowani byli Chińczycy. Projekt w końcu upadł z powodu braku widoków na jakąkolwiek rentowność. Wydaje się, że Chińczycy szybciej zbudują w Rumunii elektrownie atomową niż węglową.

Upadek spotkał też projekt budowy 700 MW bloku w kompleksie Marica Iztok w Bułgarii. Włoski Enel porzucił pomysł ze względu na zmianę swojej strategii. W Bułgarii jedyny sukces węgla to trwająca przebudowa na to paliwo 53 MW gazowego bloku kogeneracyjnego w fabryce chemicznej w Devinie.

Chorwaci chcieli zastąpić dwa starzejące się bloki elektrowni w Plominie jednym 500 MW na parametry ultranadkrytyczne (o bardzo wysokim ciśnieniu pary, a więc i wysokiej sprawności). W 2016 r.projekt Plomin 3 został jedna anulowany ze względu na brak widoków na rentowność, opór społeczny, a także m.in. zmianę nastawienia banków (w tym przypadku Credit Agricole) do finansowania elektrowni węglowych.

Estonia, która zaraz po Polsce ma najbardziej emisyjną energetykę (opartą na spalaniu łupków bitumicznych) planuje w ogóle odejść od węgla i ropy z łupków na rzecz biomasy.

Z całej piątki potencjalnych sojuszników tylko Grecja kontynuuje budowę bloków węglowych, a dokładniej na węgiel brunatny. W 2019 r. ruszyć ma piąty blok elektrowni Ptolemaida o mocy 660 MW. Pikanterii dodaje fakt, że głównym źródłem finansowania jest niemiecki państwowy bank rozwoju KfW. Natomiast przy wydatnej pomocy Chińczyków Grecy mają w planach budowę jeszcze jednego 450 MW bloku na to samo paliwo.

550 gramów stało się zatem czymś w rodzaju probierza polskiej suwerenności, tymczasem prawdziwy problem – z jakim sensownym programem wsparcia dla polskiej energetyki jechać do Brukseli - pozostaje nierozwiązany. Taki program i tak musi powstać, bo Komisja chce zobowiązać państwa aby opracowały plany dla energii i klimatu do końca 2017 r. Polski rząd będzie jednak zabiegał o wydłużenie tego terminu, zresztą taki postulat będzie zgłaszać wiele krajów. Przedkładanie planów w sytuacji, w której nie ma jeszcze kluczowych regulacji, nie bardzo ma sens.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież



Zamów cotygodniowy newsletter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Akceptuje pliki cookie z tej strony.