Zielone certyfikaty tańsze o 90%

Kategoria: OZE

tagi: zielone certyfikaty TGE system wsparcia OZE Ministerstwo Energii Ministerstwo Gospodarki inwestycje 

Cena zielonych certyfikatów, a więc dotacji do odnawialnych źródeł energii, spadła do najniższego poziomu w historii. Stało się to niedługo po tym, jak Ministerstwo Energii przedstawiło w Sejmie swoje stanowisko inwestorom.

Na Towarowej Giełdzie Energii cena zielonych certyfikatów spadła do zaledwie 24,82 zł/MWh. To najmniej w dwunastoletniej historii tego systemu wsparcia odnawialnych źródeł energii (OZE) w Polsce i niespełna jedna dziesiąta tego, na co producenci ekologicznego prądu mogli liczyć w szczytowym 2011 roku. Wówczas świadectwa pochodzenia energii z OZE wyceniano na giełdzie powyżej 285 zł, a w kontraktach dwustronnych nawet po 310 zł.

Zgodnie z obowiązującymi od 2005 roku przepisami certyfikaty są przyznawane za każdą kilowatogodzinę „zielonej” energii, a obowiązek ich zakupu przez spółki energetyczne i przemysł reguluje rozporządzenie. Przepisy przewidują też de facto cenę maksymalną za certyfikaty ─ to mniej więcej poziom tzw. opłaty zastępczej (ok. 300 zł/MWh), której uiszczenie zwalnia od obowiązku zakupu (a ściślej rzecz biorąc umarzania) certyfikatów. Tak wykreowany rynek miał służyć dwóm celom ─ zachęcić do rozwoju OZE, pokrywając przynajmniej część nakładów inwestycyjnych i podtrzymywać produkcję „zielonej” energii tak, aby Polska osiągnęła swoje cele rozwoju OZE na 2020 rok.

Certyfikaty z nawiązką spełniły pierwszy cel ─ zachęciły do inwestycji w OZE. Z nawiązką, bowiem produkcja „zielonej” energii po kilku latach zaczęła znacznie przekraczać regulowany popyt. Co więcej, część inwestorów i spółek energetycznych zaczęła gromadzić certyfikaty zamiast na bieżąco je umarzać. W efekcie po dwunastu latach góra nieumorzonych certyfikatów wystarczyłaby już na formalne wypełnienie ustawowego obowiązku przez niemal dwa lata bez żadnej realnej produkcji energii z OZE.

Błędy kolejnych rządów i inwestorów

System nie został zaprojektowany idealnie. Obowiązek umarzania certyfikatów można było bez przeszkód zamienić na kosztowniejszą, ale prostszą opłatę zastępczą, zaś same certyfikaty przechowywać w nieskończoność. Opłata zastępcza, a wiec górna cena certyfikatów od początku została ustalona na bardzo wysokim poziomie i nigdy nie była weryfikowana. Ustalony przez ministra gospodarki obowiązek zakupu certyfikatów rósł przez kilka lat, aby przez następne trzy lata stanąć w tym samym miejscu, kompletnie bez uzasadnienia. Brakowało także udostępnianej na bieżąco szczegółowej sytuacji rynku, która pomogłaby w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych zwłaszcza drobnym przedsiębiorcom.

System do jednego worka wrzucił technologie, które żadnego wsparcia już nie potrzebowały (stare duże elektrownie wodne), potrzebowały jedynie wsparcia operacyjnego (współspalanie biomasy) i te, gdzie inwestorzy ponieśli znaczne nakłady inwestycyjne (spalanie biomasy i biogazu, czy wiatraki). O ile druga grupa inwestycji może reagować na zmiany zachodzące na tym sztucznym rynku, o tyle technologie z dużym koszem inwestycyjnym stają się zakładnikami decyzji rządu ─ będą produkować bez względu na ceny certyfikatów aż do bankructwa, bo nie mają innego wyjścia.

Do sytuacji na koniec przyłożyli się także ci inwestorzy, którzy postanowili zaryzykować i przed ubiegłoroczną zmianą systemu wsparcia na tzw. aukcje OZE i wejściem w życie tzw. ustawy antywiatrakowej  dokończyli swoje inwestycje (głównie farmy wiatrowe). Najprawdopodobniej liczyli, że rząd jakoś zajmie się problemem nadpodaży certyfikatów i doprowadzi do wzrostu ich cen lub umożliwi im migrację do nowego systemu wsparcia.  

Niewidzialna ręka rynku

Rząd nie ma jednak takiego zamiaru, zwłaszcza w stosunku do wiatraków, o czym poinformował dwa tygodnie temu w Sejmie dyrektor Departamentu OZE w Ministerstwie Energii. Andrzej Kaźmierski zapewnił jednak, że do nowego, stabilnego systemu wsparcia systematycznie przenoszone będą inne technologie, co mogłoby rozładować nadpodaż certyfikatów, o ile taka będzie wola polityczna. Bogdan Warchoł ze Stowarzyszenia Producentów Polska Biomasa chłodno przyjął jednak te deklaracje. ─ Mamy ten sam problem, co producenci energii z wiatru. Możemy nie doczekać końca roku. Tymczasem od dwóch lat robimy dokładnie to samo ─ rozmawiamy i końca tego nie widać, a branża dłużej nie przetrwa ─ przekonywał posłów i resort energii.

O ile ani rząd PO-PSL, ani PiS nie wykazywali się do tej pory wielkim zamiłowaniem do swobodnej gry rynkowej, czy to na rynku usług bankowych, ubezpieczeniowych, czy węglowym, o tyle ich przedstawiciele deklarują nadspodziewanie silną wiarę w działanie sił rynkowych w przypadku zielonych certyfikatów, gdzie popyt, cena maksymalna, a częściowo i podaż zależą od decyzji politycznych. Wiara w niewidzialną rękę rynku w tym przypadku jest tak silna, że sami swojej ręki nie chcą już przykładać.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież



Zamów cotygodniowy newsletter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Akceptuje pliki cookie z tej strony.