Prawdopodobnie najlepszy
portal analityczny w Polsce
poświęcony energetyce



Rządowi odbija się "550 gram". Dwutlenku węgla.

Kategoria: Węgiel , Rynek energii

 "Polska energetyka powoli płynie na spotkanie z unijną górą lodową. Jeśli nie zmienimy kursu, to zostanie po nas piękna biało-czerwona plama".Tę obrazową metaforę usłyszeliśmy ostatnio od osoby współodpowiedzialnej w rządzie za polsko-unijne relacje energetyczne i szczerze zatroskanej tym co się dzieje między Polską a Brukselą.

W czwartek, 15 grudnia na posiedzeniu Rady Europejskiej czyli przywódców wszystkich państw UE, premier Beata Szydło chciała zacząć dyskusję na temat Pakietu Zimowego czyli propozycji reformy unijnego rynku energii. Wg informacji portalu WysokieNapiecie.pl, które potwierdziliśmy w kilku źródłach, próbowała m.in. poruszyć temat 550 g CO2 na KWh. Taką normę zaproponowała Komisja Europejska dla elektrowni, które mogą uczestniczyć w rynku mocy czyli mechanizmie wsparcia elektrowni konwencjonalnych, które bez tego będą nierentowne. To oznacza wyłączenie ze wsparcia elektrowni węglowych, praktycznie zostaną tylko gazówki i elektrownie na biomasę, bo atomówki są za drogie, żeby uczestniczyć w aukcjach rynku mocy.

Ale inicjatywa polskiej premier spaliła na panewce. W odpowiedzi dłuższą tyradę wygłosił prezydent Francji François Hollande, głos zabrał także premier Szwecji i kanclerz Niemiec. Przekonywali Beatę Szydło, że to nie jest czas na takie dyskusje, wszyscy mają jakieś uwagi do Pakietu Zimowego, ale negocjacje powinny odbywać się na niższym, eksperckim szczeblu.

Przenoszenie sprawy nieszczęsnych 550 g od razu na najwyższy szczebel przywódców UE, zanim wypowiedzą się  w tej sprawie „techniczni” negocjatorzy czyli po prostu urzędnicy, nie ma z taktycznego punktu widzenia żadnego sensu. Polską premier wsparła tylko, dość nieśmiało zresztą, brytyjska premier Theresa May, z którą najwyraźniej Beata Szydło czuje „chemię”.  Poparcie Zjednoczonego Królestwa w obliczu Brexitu nie będzie miało jednak wielkiego znaczenia.

Polska chciała aby w konkluzjach Rady znalazł się zapis o swobodzie Polski w zakresie kształtowania koszyka energetycznego i zapewnienia bezpieczeństwa dostaw energii. Ostatecznie znalazł się, w postaci przypisu. Nic on jednak nie wnosi, bo swoboda kształtowania koszyka energetycznego jest już zapisana w art. 194 Traktatu o Funkcjonowaniu UE. Jeśli jednak rząd spróbuje „obalić 550 gram” na podstawie art. 194, to Bruksela najpewniej odpowie: przecież nikt Polsce nie zabrania budowania elektrowni węglowych. Ale jeśli chcecie wykorzystać rynek mocy, czyli pomoc publiczną, to musicie podporządkować się jej regułom.

Najważniejsze zdanie konkluzji z 15 grudnia brzmi: „Rada Europejska ponownie potwierdza, jak ważne są poszczególne strategie jednolitego rynku, a także unia energetyczna, które powinny zostać sfinalizowane i wdrożone do 2018 r. Do tego czasu należy rozstrzygnąć niektóre kluczowe zagadnienia”. Pod tym zdaniem jest wywalczony przez polską stronę przypis. Przyjęcie kluczowych dyrektyw dotyczących rynku energii  do 2018 r. czyli w szybkim jak na UE tempie, także jest niespecjalnie na rękę Warszawie, ale daty tej nie udało się zablokować.  

„Adresatem” propozycji ograniczenia możliwości wspierania elektrowni węglowych jest wyłącznie Polska. Żaden inny kraj nie planuje nowych dużych elektrowni węglowych, każdy przeżyje też bez rynku mocy dla węglówek. ę Unijny komisarz ds. energetyki podczas debaty w Parlamencie Europejskim tłumaczył: "Chciałbym bardzo mocno podkreślić, że mechanizmy wspierania mocy nie będą wprowadzane tylnymi drzwiami dla wysokoemisyjnych paliw kopalnych. Dlatego został wprowadzony limit 550 gramów na na KWh dla nowych elektrowni, a istniejące mechanizmy także muszą zostać dostosowane do tych reguł w odpowiednim czasie”.

WysokieNapiecie.pl próbowało odtworzyć jak doszło do wprowadzenia tych przepisów. W wersji rozporządzenia, które wyszło w listopadzie z przygotowującej je Dyrekcji ds. Energii nie było ich jeszcze. Ostatecznie zostały  zatwierdzone w ostatniej chwili podczas spotkania wiceszefa KE Słowaka Marosza Szewczowicza, komisarza ds. energii Hiszpana Miguela Caňete i komisarz ds. konkurencji Margrethe Vestager. Brak czasu nie pozwolił zresztą uzasadnić tej propozycji w tzw. impact assessment, czyli ocenie skutków regulacji, co nie wystawia najlepszego świadectwa brukselskim urzędnikom.

Wątpliwe jednak, by to ktoś z tej trójki wymyślił nieszczęsne 550 g. Nasi rozmówcy podają dwa tropy, „cywilnych” urzędników KE.  Belg Yos Delbeke, szef Dyrekcji ds. Klimatu, główny orędownik polityki klimatycznej, który mógł to zrobić pod wpływem nacisków organizacji ekologicznych, dla których Pakiet Zimowy jest za „miękki”.  Oraz Francuz Dominique Ristori, kierujący Dyrekcją ds. Energii.

Brukselskie źródła głoszą, że Ristori jest w bardzo dobrych kontaktach z doradcą prezydenta Francji ds. europejskich, Jacquesem Audibertem. Nasi rozmówcy zupełnie poważnie rozważają wersję, że gorzkie 550 gram może być odpowiedzią Francuzów na ostatnie posunięcia polskiego rządu – unieważnienie przetargu na śmigłowce Caracal oraz utrudnianie państwowemu gigantowi EDF sprzedaży polskich aktywów.  

CO2 wyziera z każdej dziury

Cztery dni po Radzie Europejskiej odbyło się spotkanie Rady UE ds. środowiska czyli ministrów środowiska. Debatowano nad reformą unijnego systemu handlu emisjami czyli ETS. Polskę reprezentował minister środowiska Jan Szyszko. Spotkanie, na którym słowacka prezydencja miała nadzieję uzgodnić stanowisko Rady, zakończyło się fiaskiem. Tymczasem komisja środowiska Parlamentu Europejskiego zaproponowała poprawki, które mają mocno wywindować ceny CO2 ( patrz: Obserwator Legislacji Energetycznej).

Uczestnicy Rady nie dogadali się też  w sprawie Funduszu Modernizacyjnego, czy wehikułu finansowego, który ma zrekompensować biedniejszym państwom UE wzrost cen uprawnień do emisji CO2. Głównym beneficjentem Funduszu ma być Polska, która zgarnie 43 proc. z puli 310 mln uprawnień, wartych obecnie 1,5 mld euro. Ale jeśli cena uprawnień pójdzie w górę, a tak prawdopodobnie się stanie po 2020 r. to pula będzie odpowiednio większa.
Z komunikatu po Radzie ds. środowiska możemy się dowiedzieć, że państwa-beneficjenci funduszu nie dogadały się z pozostałymi.

Dla Polski Fundusz Modernizacyjny jest ogromną szansą, moglibyśmy wykorzystać te pieniądze na efektywność energetyczną, odnawialne źródła energii czy przeróbkę lokalnych ciepłowni na elektrociepłownie, dzięki czemu można by uzyskać co najmniej dodatkowe 2 tys. MW nowych mocy.

Polska już teraz ma niewielkie szanse na  zgromadzenie mniejszości blokującej nowe przepisy o CO2. A w 2017 r. zgodnie z Traktatem Lizbońskim wchodzą w życie nowe zasady głosowania i do zablokowania projektów dyrektyw trzeba będzie więcej państw.  

Kolejnym problemem w negocjacjach z UE jest kwestia norm emisji tlenków siarki, azotu i innych związków chemicznych, które mają wejść po 2021 r. Komisja Europejska wciąż nie zdołała uzgodnić ostatecznej wersji, ale prawdopodobnie w 2017 r. normy zostaną wreszcie przyjęte.Stare bloki o mocy 200 MW, których mamy ok. 50 staną wtedy przed wyborem – albo zamknięcie, albo kosztujący w sumie  ok. 10 mld zł „lifting”, w obecnych warunkach nieopłacalny.

Bez żadnej przesady można więc powiedzieć, że los polskiej energetyki w 50 proc. rozstrzygnie się w Brukseli. Tymczasem po polskiej stronie mamy kompletny chaos negocjacyjny, zarówno strategiczny jak i taktyczny. Nadal nie wiemy, jak ma wyglądać polska energetyka za 20 lat, poza tym, że chcemy wykorzystywać „polski węgiel”.
Powinien powstać program transformacji polskiej energetyki i górnictwa, z którym można pojechać do Brukseli i negocjować. Jego elementem powinien być rynek mocy, ale to jest środek, a nie cel sam w sobie, służący utrzymaniu przy życiu węgla.  

Mamy argumenty, którymi możemy przekonać naszych partnerów do dłuższych okresów przejściowych, a przede wszystkim do finansowego wspierania tej transformacji. Ale najpierw sam rząd musi się określić- co chce zrobić i dlaczego chce zrobić.
Jeśli takiego programu nie będzie bądź nie uda się go uzgodnić z UE, to najbardziej prawdopodobny jest po 2020 r. takie oto scenariusze.

  • Wariant pierwszy: spółki energetyczne zainwestują w nowe elektrownie i remont starych bez gwarancji, że Bruksela zgodzi się na wsparcie w ramach rynku mocy. Będą ponosiły coraz większe straty, bo będą musiały kupować coraz więcej coraz droższych uprawnień do emisji CO2, a możliwości przeniesienia tych kosztów na konsumentów będą coraz mniejsze.
  • Wariant drugi: nie budujemy nowych elektrowni, bo bez gwarancji rynku mocy instytucje finansowe nie pożyczą pieniędzy. Starych też nie dostosowujemy, z tego samego powodu. Te drugie będą więc po 2025 r. w trakcie pracy przekraczać normy emisji, ale bez nich zabrakłoby prądu. Polski rząd (podkreślmy, żaden rząd) nie podejmie w takiej sytuacji decyzji o ich wyłączeniu. Oczywiście zakładamy tu optymistycznie, że bloki mające w 2025 r. po 50 lat nie rozsypią się do tego czasu. Komisja Europejska będzie więc wszczynać postępowania i wymierzać starym elektrowniom kary finansowe, które będą coraz bardziej pogrążać państwowe spółki energetyczne.

W obu wariantach po 2025 r. nasze energetyczne czempiony mogą się znaleźć w takiej samej sytuacji jak obecnie śląskie spółki węglowe. Dziś energetyka uratowała górnictwo, ale kto za 10 lat uratuje energetykę? KGHM? PKN Orlen? Państwowe banki? Znowu trzeba będzie rzeźbić jakieś karkołomne konstrukcje z dziedziny inżynierii finansowej.

Ale może nie warto snuć takich czarnych scenariuszy. W końcu, jak mawiał dobry wojak Szwejk, „zawsze jakoś to będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”.





Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież



Zamów cotygodniowy newsletter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Akceptuje pliki cookie z tej strony.